Zawody

SZYBKI FEEDER NA WIŚLE W WARSZAWIE

Październikowa aura jest nieprzewidywalna. Może zagrzmieć, może błysnąć, ale może również słońce mocno dać się we znaki. To istna ruletka, na którą wpływu nie mamy. Po udanej, rzecznej sesji w okolicach Puław, pora wrócić na swoje śmieci – nad Wisłę w Warszawie. Choć echa działalności Czajki już minęły, to jednak nie chcąc trafić na papier toaletowy na krzaczku czy kamieniu, wybieram z premedytacją odcinek powyżej, w środku Stolicy.

Rzeczny feeder pozwala odchudzić nieco ilość sprzętu, który zabieram nad wodę. Fotel, wędki, feeder arm, miękkie wiadro z towarem, kuwety i  trochę akcesoriów. Choć napracować się trzeba głową, to nie ma tu tylu niuansów, które wymagają od nas aż tak  mocnego wsparcia sprzętowego. Trzeba pamiętać o ubraniu na cebulę, bo różnice temperatur mogą sięgać kilkunastu stopni.

Brak chmur gdy woda dość płytka, to zła wróżba.

 Niestety prognozy pogody były dla mnie bezlitosne. Pogodny poranek, słońce, a zachmurzenie dopiero popołudniu. Taka pogoda z góry stawia nas na przegranej jeśli chodzi o połowy w rzece jeszcze przed przyborem. Gdy słońce wstanie i oświetli łowisko, na próżno szukać konkretnych zdobyczy. Tyle, że moczykijaszki nie z takich, co się poddają.

Zanim jednak nastąpi “dziura w braniach” trzeba wykorzystać, to co się uda zbudować, przez  pierwsze  godziny. Potem nie ma co siedzieć…można wrócić do domu i iść spać:). Nie jestem z  tych którzy mają czas na całodzienne wyprawy. Sesja 4 godziny to max. Tym razem wystarczyły 3 godziny realnego wędkowania.

Zanęta, którą przygotowałem do wędkowania składała się z mieszanki dwóch bardzo dla mnie  klasycznych zanęt firmy Profess. Połowa waniliowej zanęty Optima i połowa Method Feeder, wanilia, konopie, kukurydza. Bardzo bezpieczne, idealne na jesień również na wody stojące.

Uznaję dwa sposoby nęcenia  gdy wędkuję feederem w rzece. Na wody głębokie, gdy mam rynnę blisko i gdy wiem, że jest dużo ładnych leszczy podaję oprócz koszyczków także kule z gliną. Gdy woda dość płytka, a rynna jest daleko, nie robię kul, bo i tak nie dorzucę precyzyjnie. Staram się budować łowisko samym koszyczkiem. Tym razem wybrałem właśnie druga opcję, bo woda w łowisku miała około metra.

Do zanęty dodaję sporo robactwa i dodatków w postaci pieczywa fluo, płatków czy nawet kukurydzy. Zanim to nastąpi towar namaczam wodą z melasą. Nie żałuję naturalnego słodzika.

SPRZĘT: Dwa wędziska 3,60 metra ze szczytówkami 3 oz.  Wisła w Warszawie dość mocno rwie. Przy miękkich szczytówkach zdarzało się wcześniej nie docinać ryb. Koszyczki od  50-70 gram. Odległość wędkowania ok 20 metrów. Haki nr 12 zawiązane na metrowych przyponach średnicy 0.16 . Cała sprzętowa filozofia.

Taktyka również prosta jak budowa cepa. Nie nęcę wstępnie, a jedynie na początku bardzo szybko przerzucam zestawy. To prawdziwa harówa, ale często przynosi efekty. Nie zawsze jak to bywa na rybach są to pełne siaty, ale wiadomo czasem podczas 2-3 godzin wędkowania kilka rybek cieszy. Pierwsze ryby trafiają się od razu. Są to wszędobylskie krąpie, oraz piękne i waleczne, ale przeważnie niewymiarowe certy.

Certy na warszawskich opaskach biorą przeważnie takie prawie wymiarowe.

Póki słońce jeszcze jest nisko i nie prześwietla dość  płytkiej jeszcze wody, rybki szaleją. Wtedy jest szansa, że do naszych koszyków przyjdą ryby. W przerwie między krąpiami i certkami trafia się też kilka kleni.

Największy tego dnia miał ok 35 cm, ale do siatki nie trafił, bo jakoś później ryby kurczą się o te kilka mm i nie trudno o wstyd podczas kontroli. Szczególnie na zawodach;)

Po godzinie wędkowania można powiedzieć, że powoli udaje się zbudować łowisko. Pada kilka płoci, sporo krąpików, certki, kleniki. Ryby może nie są ogromne, ale najbardziej z rzecznych łowów lubię ich różnorodność. Nie znasz dnia ani godziny co Ci wejdzie w łowisko. Słońce do góry, to wyniki w dół. Taka wiślana klasyka. Jeszcze próbuję jakoś zainteresować rybę dodając boostera przed napełnieniem każdego koszyczka. Czasami daje to efekty.

W momencie gdy słońce jest już dość wysoko, nadzieję na solidne branie, dużej ryby maleją z każdą minutą. Na szczęście moje zabiegi i przede wszystkim cierpliwość zostaje nagrodzona. Potężne łupnięcie na wędce zwiastuje bardzo fajnego leszcza. Ryba pięknie walczyła w wiślanym nurcie.

Niestety o godzinie 9 słońce jest już tak wysoko, że ciężko wytrzymać. Zdjąłem już poranną kurtkę, polar, a i w bluzie  człowiek czuje się jak na patelni. Cóż – pażdziernik!!! Brania powoli zanikają i zaczyna być trudno nawet o krąpika. No chyba że takiego:))))

Nie o takie kabany walczyliśmy:))

Udaje się jeszcze złowić 2 wymiarowe okonie i podejmuję decyzję o powrocie. Woda prześwietlona totalnie, a że w tym miejscu nie jest najbrudniejsza, to nadzieję na ryby marne.

Mój połów. Jak na 3 godziny nie jest najgorzej. Sporo ciekawych rybek z powodu okolicy wymiaru nie trafiło do siatki, więc wynik mógłby być okazalszy…. ale i tak było fajnie.

Tekst i foto:

Tomek Sikorski

w razie pytań lub chęci pogadania zapraszam  na mój profil facebookowy:

Tomek Sikorski Wędkarstwo

 

 

 

 

 

 

 

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress