Całą jesień i zimę łowiłem praktycznie tylko klasycznym feederem. Łowiska na których bywam zazwyczaj darzą rybami co najwyżej średnich rozmiarów. Łowienie płotek i leszczyków jest oczywiście fascynujące, ale tym razem po głowie chodziło mi polowanie na ciut grubszego zwierza. Sięgnąłem więc bo cięższy oręż czyli method feedera. Arena mojego polowania to łowisko z dużą populacją średniego leszczyka. Taki wędkarski poligon to gwarancja, że jeśli większa ryba szczytówki nie przygnie, zawsze będę mógł pobawić się z leszczykami i karasiami, których też w wodzie nie brakuje.
Dziś stawiam na scopexowy micro pellet
Słoneczna aura napawała optymizmem, że pierwsze karpiowate pobudzone słoneczkiem zechcą jednak skosztować w podawanych przeze mnie przynętach. Postanowiłem zaryzykować i dać rybom 2 mm pellet o smaku scopexu. Ten moczyłem dobre 30 minut. W lodowatej jeszcze wodzie pellet dochodzi długo. Warto o tym pamiętać podczas namaczania zanęt. Najlepiej od razu zabrać się za przygotowanie towaru, a kiedy pellet dochodzi, wtedy na spokojnie rozłożyć sprzęt i przygotować się do łowienia.
Pellet musi dojść około 30 minut
Wiosenna przynęta na grubą rybę.
Jeśli chodzi o przynęty postanowiłem wypróbować meusowską nowość, soft pellet o smaku lemon shock. Cytrynowy, mocny aromat w zimnej wodzie? Czemu nie! Chciałem na jednej wędce podać rybom bodziec wykluczający brania drobnicy. Drugą uzbroiłem tradycyjnie i postanowiłem nie nudzić się zbytnio i ćwiczyć odławianie średniego białorybu na klasyczną, krylową „ósemkę” podaną na gumce. Leszczyki chyba nigdy tutaj nie zawodzą. Tym razem było podobnie, bo w łowisku było ich sporo.
Pierwsze minuty od razu przyniosły brania. Ryb, raczej mniejszych rozmiarów było dużo, szybko wnęciły się w łowisko i brały niemal co rzut. Druga wędka przerzucana znacznie rzadziej stała jak zaczarowana. Ale i tu w końcu się doczekałem. Branie było dynamiczne a ryba chciała zabrać wędkę osadzoną mocno na podpórce. Tak biorą tutejsze karpie. Branie nastąpiło dokładnie koło południa. Hol był bardzo widowiskowy, szczególnie, że w pewnym momencie ryba zaparkowała w zaczepie i myślałem, że ją stracę. Na szczęście stara szkoła „pukania w wędkę” pomogła. Ryba wyszła z zawady i dała się dalej holować. Karp nie był okazem, oceniam go na góra 4 kilogramy. Takie okazy też mnie cieszą. Na większe sztuki przyjdzie jeszcze czas.
Połamania!
Tekst i foto: Marcin Cieślak