Znane powiedzenie wędkarskie, którego sam często używam mówi, że „nie ma złej pogody na ryby, a są tylko źle ubrani wędkarze”. Zaczynam jednak szczerze mówiąc, powoli w to powątpiewać. No bo jak wytłumaczyć to, że ostatnio za każdym razem trafiam na skrajne warunki pogodowe, które po pierwsze jak pewnie wszyscy wiedzą wpływają źle na brania, a po drugie i chyba najważniejsze pomimo dobrego przygotowania sprzętowo-ciuchowego, wpływają źle na morale łowiącego. To jak jest z tą pogodą?!
Brak czasu i tym samym brak wyboru możliwości terminu wypadu na ryby, sprawia, że nieważne co się dzieje trzeba nad wodę pojechać i przygotować się na różne skrajności. Tym razem chciałem poczuć coś mocniejszego na wędce i zapragnąłem połowić karpików. Czasu dużo nie było więc do torby na szybko spakowałem dwie torby zanęty firmy Profess oraz trochę kulek i pelletów na haczyk. Postawiłem na mieszanki słodko – owocowe. To samo jeśli chodzi o przynęty, szczególnie kulki. Choć nastąpiło załamanie pogody, to jednak woda jest bardzo ciepła i spodziewałem się, że ryby zasmakują w słodkościach. Brak czasu spowodował też, że w koszyczku postawiłem na pracującą zanętę, a nie pellet, który może i gwarantuje selekcję, ale działa wolniej. Ja tego dnia czasu nie miałem.
W razie zupełnego omijania moich smakołyków w torbie oczywiście czaił się awaryjny zestaw mięsno -halibutowy. Zawsze trzeba mieć alternatywę. Ze względu na deszcz chciałem jednak zaoszczędzić sobie pracy i nie namaczałem dwóch wariantów. Tym bardziej, że spotkani przeze mnie na łowisku wędkarze łowiących przede wszystkim na pellety halibutowe tego dnia nie mieli praktycznie brań. Z tego też względu postawiłem na przynęty słodkie i owocowe. Warto zrobić research jeśli jest taka możliwość.
Do tego dojdą jeszcze martwe białe, oraz truskawkowy booster i sprawdzimy czy dziś słodkości będą atrakcyjne:)
Czasu było niewiele, a trzy godziny łowienia miały dać mi w tych warunkach choć trochę radości i chociaż jedną rybę. Padało przez prawie cały czas i to dość mocno dodatkowo podmuchy wiatru momentami były tak duże, że aż chciało się wyjść z kina. O tym jednak za chwilę. Zawsze szukam pozytywów w trudnych sytuacjach. Także tu znalazłem:) Choć w powietrzu czuć było, że za chwilę z nieba mogą polecieć także błyskawice, to tu akurat matka natura była dla mnie i kilku zdesperowanych wędkarzy bardzo litościwa.
W bardzo trudnych warunkach szczególnie ważna dla mnie jest precyzja nęcenia. O ile jesteśmy pewni dużej ilości brań, rozrzucenie towaru nie powinno martwić, w przeciwnym razie precyzja może stanowić o końcowym sukcesie. Pomocna jest przy tym mocna wędka do nęcenia wstępnego. Standardowo do wody poleciało kilka koszyków towaru za pomocą karpiówki i koszyka do wstępnego nęcenia. To już reguła, że bez tego jakże pomocnego zestawu nie ruszam się na łowy method’ą i klasycznym feederem również.
Pierwsze brania to zgodnie z przewidywaniami niewielkie leszczyki, które szarpią szybko za szczytóweczkę mojego feedera. Dobre i to, bo przynajmniej nie będę na zero. Tak sobię pomyślałem. Wiadomo, gdy do wody ląduje pracująca zanęta nie ma mowy o selekcji.
Wierzyłem w to, że jednak jeśli tylko karpiki będą żerować, to poczują przyjemny owocowy aromat i odgonią chlapaki gdzie pieprz rośnie, a mojego feedera w końcu przygnie coś konkretniejszego. Stało się! Po około 40 minutach mam pierwszego karpika. W tych warunkach gdy wszyscy siedzą i modlą się jedynie o lepszą pogodę nie jest najgorzej. Stale się coś dzieję.
Pomimo kiepskich warunków nad wodą staram się zachęcić karpie do lepszej współpracy. W międzyczasie gubię w trawie jedyne wiertełko do kulek, więc muszę się przerzucić na fabrycznie dziurkowane pellety. Oczywiście zostaje przy owocowych smakach i aromatach, bo sąsiedzi na halibuta mają ledwie jakieś trącenia. Tutti frutti o rześkim, nieco landrynkowym zapachu zrobił co trzeba.
W ciągu kolejnych 30 minut mam kolejne dwa brania, ale jednego nie zaciąłem, a po zacięciu kolejnego ryba wypięła się z małego haka. Łowiłem na przelotową wersję methody więc pewnie nie dociąłem należycie karpiszona. Wspominałem już o nieprzychylnej aurze panującej nad wodą tego dnia. Do deszczu, często dołączały groźne podmuchy wiatru, z których jeden zakończył się wodowaniem mojego parasola.
Wiatr był tak duży, że parasol mknął po wodzie chyba stówą:)
Po akcji ratunkowej sprzętu łowię jeszcze dwa karpie i zwijam się jak najszybciej z łowiska. Choć szybkość w tym wypadku nie ma już żadnego znaczenia bo mokrzej już nie będzie:) Pomimo tego, że wszystko mam przesiąknięte na wskroś wodą to uśmiech pojawia się na twarzy. Śmieje się trochę sam z siebie i jednocześnie ciesze się, że jeszcze mi się chce i tego wariata w sobie mam:)
Zgodnie z przewidywaniami towar znęcił najpierw mniejsze rybki, ale karpiom również zasmakował, bo później to one królowały w łowisku. Na nudę czasu nie było, a i pogoń wzdłuż linii brzegowej za parasolem zakończyła się sukcesem:) Takie wypady są bardzo potrzebne, bo czasami choć wielkiego szału nie ma, to te kilka godzin nad wodą zawsze czegoś uczy. Po powrocie do domu i łyku słynnej kawy „po keltsku„:) humor zdecydowanie się poprawia. W końcu coś tam jednak połowiliśmy:)
Wodom Cześć.
Tekst i foto :Tomek Sikorski