Pierwsza wyprawa na tyczkę w tym roku miała na celu raczej przypomnienie sobie jak się w ogóle łowi długą wędką. Miałem dwa lata przerwy w łowieniu więc obawy o to czy jeszcze coś pamiętam były spore. Ale pamiętam .. To chyba jak jazda na rowerze i tego się nigdy nie zapomina.
Dzień zapowiadał się bardzo przyjemnie gdyż miało być i było ciepło. Ranne pochmurne niebo z biegiem czasu rozrzedziło się do tego stopnia że zrobiła się istna letnia aura. A to przecież początek wiosny.
W planie miałem łowienie grubej płoci która teraz powinna brać na gliniance zwanej „ Krzaki”. Chcieć a móc to jednak wielka różnica. Otóż po przyjechaniu na miejsce okazało się że na tej wodzie nie ma już gdzie wcisnąć przysłowiowego kija i na innych gliniankach niestety też. Została niezbyt przeze mnie lubiana „Nowa” . Tam o dziwo wędkarzy było mało. Jako że wypad miał być czysto rekreacyjny i treningowy nie wybrzydzałem. Tu mogę więc tu łowię tak w skrócie można opisać mój wybór akwenu i miejsca wędkowania.
Teraz kilka słów o mieszance.
Zanętę stanowiła spora ilość jokersa z ziemią bełchatowską oraz spożywka w postaci gros gardonsa, gardonsa Black firmy sensas i ciemnej gliny Argille. Wszystko zostało dopalone odrobiną gardonixu i szczyptą pinki.
Zestawy jakie tego dnia zawisły na moich topach uzbroiłem w spławiki Trapera 1,0 , 1,25 i 1,5 gram. Ten ostatni miał być na tak zwane bonusy. Dwa pierwsze uwiązałem w przypony 0,07 a ostatni w „dychę”. Nie jestem przesadny jeśli chodzi o wyporność spławików ale słuszna głębokość łowiska i momentami dość silny wiatr zmusiły mnie do takiego rozwiązania. Jak się potem okazało spławik o gramaturze 1,25 był tego dnia optymalny bo na ten zestaw ryb złowiłem najwięcej.
Nęcenie poszło mi bardzo sprawnie i jak na olbrzymie długą przerwę bardzo „trafnie”. 6 kul wielkości pomarańczy wpadło niemal w punkt. Dwie małe kuleczki z zanętą spożywczą podałem z podajnika więc tutaj wpadki być nie mogło.
Od samego początku na haczyku meldowała się płotka. Ochotka była wręcz zasysana a ryba pluła jokersem. Potem sprawdziły się też pinki a nawet białe robaki.
Co prawda oprócz kilku przyzwoitych płotek z reguły brała przysłowiowa sieczka to i tak byłem zadowolony bo po takiej przerwie chciałem się po prostu nałowić.
Po pewnym czasie do stołu przyszły małe krąpie ale brania stawały się rzadsze i delikatniejsze. Bonusów tego dnia nie było a jeśli były to ignorowały podawane przeze mnie przysmaki. Taki jest urok naszych okolicznych wód.
Wynik to około 3 kilogramy głównie drobnej i średniej płoci. Ale śmiało mogę powiedzieć że sezon uważam już za otwarty.
Po sesji zdjęciowej ryby wróciły do wody.
Tekst: Marcin Cieślak
Foto : Paweł ”Jone” Cieślak