Zima śnieżna i mroźna to zjawisko w moim regionie zapomniane. Patrząc za okno aura przypominała bardziej późną jesień i można było odnieść wrażenie, że mamy listopad. W drodze na łowisko wycieraczki w moim aucie nie stawały nawet na sekundę. Z nieba lało. Wiedziałem, że czeka mnie ciężkie i trudne wędkowanie. Zbiornik mimo, że rybny potrafi sprawić psikusa nawet najlepszym wyczynowcom, którzy łowią tam regularnie. Zmienna i niepewna pogoda mogła tylko to potwierdzić wszak nie wiadomo jak przenikliwy wiatr „kotłujący” wodę wpłynie na żerowanie ryb. Z resztą kiedy pogoda zmienna nigdy nie wiadomo czego można się spodziewać. Ale po przybyciu na miejsce ktoś tam w górze wysłuchał mojej prośby o poprawę pogody. Było zimno, ale przestało padać i wiatr na chwilę zelżał.
Zanęta od Profess fishing na dzisiejsze wędkowanie.
Pozostało tylko przesiać przez sito i zubożyć gliną.
Na łowisku byłem jeszcze po ciemku. Ostatnie pół godziny przed świtem postanowiłem wykorzystać na wymieszanie glin i ziemi i odpowiednio je nawilżyć. Jeśli chodzi o zanętę postawiłem na gotową mieszankę od Profess. Zanęta ta sprawdzała mi się już podczas zimnych miesięcy na tym łowisku a dodatkowym plusem był fakt, ze zanęta jest już wstępnie nawilżona. Pozostało mi tylko przetrzeć przez sito i zubożyć z gliną. Ryby z zalewu mają to do siebie, że lubią pojeść, ale kiedy za oknem raptem dwa stopnie na plusie, do tego pada i wieje w podawaniu jedzenia należy być raczej ostrożnym. Do 6 litrów mojej mieszanki przeznaczonej na wędkowanie powędrowało 100 ml topionego białego i garść mrożonej pinki a także 150 ml dżokersa. Swojej mieszanki nie dzieliłem na części. Po odpowiednim doklejeniu ta sama mieszanka przeznaczona do wstępnego nęcenia miała mi zostać jako pokarm do koszyczka.
Wstępnie do wody poleciało 8 dużych koszyków. Chciałem zwabić ryby w łowisko i zgromadzić blisko stołówki w miarę możliwości tak, żeby nie używać już wędki do nęcenia. Wędkowanie rozpocząłem o świcie, ale ku mojemu zdziwieniu przez pierwsze 30 minut nie miałem nawet „powąchania” ochotki. Czyżbym przesadził z ilością mieszanki?! Przez moment przeszła mi nawet myśl, żeby zmienić linię i zacząć wędkować bliżej lub dalej, ale wtedy szczytówkę atomowo przygięła płotka. Potem następna. Rano przez okrągłą godzinę w łowisku rządziły płotki. Dopiero po tym czasie kij mocniej przygiął leszcz. Ryba sprawiła mi ogromną radość, ponieważ wiedziałem, że jeśli jest jeden, będą kolejne. Niestety z biegiem czasu ochotkę znowu obskubywały płotki a leszczy jak nie było tak nie było. Wtedy poszedłem va-bank. Wyjąłem z kosza większy podajnik, aby zwiększyć objętość podawanej mieszanki a na hak powędrowała kolorowa pinka. To był strzał w dziesiątkę. Brania nie były częste, ale raz na 10-15 minut delikatną szczytówkę przyginał leszczyk. Brania co ważne były pewne i mocne.
Pierwszy leszczyk.
Ostatnia faza holu.
i kolejny bremes
Kolorowa pinka smakowała leszczom najbardziej.
Miałem też swoje dwie bonusowe szanse, co ostatnio rzadko zdarza się na tej wodzie. W obu przypadkach górą były jednak ryby.
Na koniec kilka słów o sprzęcie. Na leszczową przygodę uzbroiłem pikera w zestaw na plecionce o średnicy 0,10 zakończony „strzałówką” z żyłki 0,14mm. Przypon grubości 0,12 wieńczyła mocna ownerowska 12.
Wędkowanie zakończyłem punktualnie o 13. To było bardzo udane wędkowanie.
Wodom cześć.
Tekst i foto: Marcin Cieślak