Auto wpadka zakończona utratą bocznej szyby, wybiła mi nomen omen z głowy niedzielne łowienie z Marcinem i Łukaszem. Przed wyjazdem na rodzinne wczasy, trzeba było wziąć jednak odwet na Okuninie i w dosłownie kilka dni później, gdy tylko wstawiona szyba świeciła blaskiem nowości w aucie, postanowiłem odczarować pechowe miejsce.
Powiem szczerze, że wyjazd w te rejony Narwii w środku tygodnia jest jak dzień do nocy w porównaniu do tego co dzieję się tam w weekend. Ludzi mało i można po prostu przebierać w miejscówkach, co w połączeniu z piękną pogodą nastroiło mnie bardzo optymistycznie do mojego trzeciego wypadu z tyczką nad rzekę.
Poprzednie eskapady zakończyłem delikatnie mówiąc średnio. Narpierw na Narwii złowiłem kilkanaście płotek i ryba sobie gdzieś poszła, a potem na zawodach na warszawskiej Spójni, w ogóle dałem ciała marnując z kretesem szanse na dobry rezultat jakie daje wylosowanie otworka. Cóź, pierwsze koty za płoty i niech będzie jak mawiają do trzech razy sztuka!
Stanowisko rozstawiłem po lewej stronie sławnego już drzewa. Celowo wybrałem to miejsce choć druga strona mocno mnie kusiła. Dlaczego? A dlatego, że nie chciałem aby zatopione drzewo było naturalną przeszkodą na której zatrzymuje się zanęta. Uczę się rzecznego łowienia i w tym wypadku taka pomoc nie była mi na rękę, bo co będzie gdy na zawodach takiego miejsca zabraknie?
Duży luz jaki towarzyszył mi tego dnia sprawił, że dość długo przygotowywałem się do łowienia. W sumie nigdzie mi się nie spieszyło:) Do wiadra trafiło 8 kilogramów gliny oraz 2 kilogramy różnej zanęty zebranej z zalegających w piwnicy otwartych paczek.
Całość podzieliłem na 2 części z których ulepiłem kule o różnym stopniu doklejenia. Tym razem wybrałem wariant, w którym większość stanowiły te zabetonowane, a tylko na wstępne nęcenie poszło kilka średnio doklejonych.
Z racji tego, że rzeka w tym miejscu płynie wartko, a grunt oscyluje w okolicach 3 metrów przygotowałem zestawy na lizakach 10, 17 i aż 30 gram na stopa. Co było oczywiście przesadą, ale jeszcze się nie dorobiłem listków pomiędzy 17 a 30 gram, więc trzeba sobie jakoś radzić;)
Pomny pierwszego wypadu z tyczką nad Narew wiedziałem, że często dużo ważniejsze niż donęcanie i inne czysto wędkarskie praktyki będzie kontrolowanie gruntu, bo rzeka w tym miejscu to istna huśtawka głębokości. Poprzednim razem musiałem uciekać z kombajnem, żeby w krótkim czasie mnie nie zatopiło:).Tym razem było inaczej, ale o tym później.
Łowienie rozpoczałem punktualnie o 8 i od samego początku miałem rybę w łowisku. Pierwsze przyszły mikro krąpiki, które brały niemal co wstaw, ale z kwadransu na kwadrans wielkość rybek rosła. W końcu zaczeły się pojawiać i miło wyciągać amortyzator naprawdę grube krąpie.
Spore krąpie zdominowały łowisko. Brały wszędzie, na rozmyciu i w kulach. Jednego złowiłem nawet na stopa, próbując także tego sposobu. Piękne, grube i silne rybki dość mocno walczyły w nurcie.
Przez chwilę w łowisko weszły także certy, niestety wszystkie w rozmiarze ”prawie wymiar”
Odwrotnie proporcjonalnie do wielkości krąpi zachowywała się rzeka. Z minutę na minutę poziom wody opadał w zastraszającym tempie. Co kilka przepłynięć niemal trzeba było robić korektę głębokości. O dziwo ryby wciąż brały i nie uciekły pomimo obniżającego się nagle ”dachu nad głową”. Spójrzcie zresztą na zdjęcia jak wyglądał brzeg po 4 godzinach kiedy to zakończyłem wędkowanie.
Dobre kilkadziesiąt centymetrów różnicy robi wrażenie. Tymbardziej cieszę się, że udąło mi się utrzymać ryby w łowisku. Przy okazji porównajcie poniższe zdjęcie z fotografią nr. 2 gdzie widoczna kępa trawy znajduje się wyraźnie w wodzie:)
Waga wskazała 3800 gram, co w tych warunkach i w tym czasie uznałem za dobry wynik.
Po zakończeniu połowów bardzo sympatycznie porozmawiałem sobie jeszcze z łowiącymi niedaleko na koszyczki wędkarzami, którzy byli praktycznie na zero, co potwierdziło moje niezłe łowienie tego dnia.
Tekst i foto:
Tomek ”sircula” Sikorski