Zawody

METHOD FEEDER W ŚRODKU SEZONU

                Czerwiec to miesiąc raczej średni jeśli chodzi o wędkarstwo. Duże rzeki zmagają się z olbrzymimi przyborami wody, a tam gdzie łowić się da, należy brać poprawkę i na pogodę i na tarło niektórych gatunków ryb. Łowić oczywiście i tak trzeba, dlatego pognałem co tchu na pobliski karpodrom z kijem do methody w ręku. Łowisko od mojego poprzedniego razu trochę się zmieniło. Promyki słonka i wędkarze zrobili swoje.  Podwyższona nieco woda zaczęła przypominać gęstą zupę o zielonkawym i mętnym odcieniu. Wiedziałem, że ryby nie będą już takie chętne do współpracy, szczególnie, że na wodzie co i rusz unosiły się jakieś pyłki z pobliskich krzewów i traw. Tym razem na wędkowanie zabrałem  dwa gotowe pellety od professa o smaku kraba japońskiego i wanilii. Przyznam się bez bicia, że coraz częściej stosuję produkty “ready” podczas zasiadek. Odrobina wody ze spryskiwacza pozwala mi utrzymać odpowiednią wilgotność mojej mieszanki, a ja nie tracę już czasu na moczenie i przygotowanie pelletu. Oczywiście nie zrezygnowałem z tradycyjnych pelletów, ale na tak leniwy wypad jak ten gotowce są dla mnie niezastąpione. Do kuwety wsypałem też kilka ziaren grubszego, miękkiego pelletu. Miałem też ze sobą “dopalacze” czyli boostery o smaku halibuta z czosnkiem oraz wanilii. Rzadko stosuję takie specyfiki, ale czułem, że dziś odrobina pachnącego sosu na pewno rybom nie zaszkodzi.

Feederowy Minimalizm.

Krab japoński i wanilia na dzisiejsze wędkowanie.

 

Pellety wystarczy tylko odrobinę zrosić.

Są też nieco grubsze rarytasy.

Booster halibutowy zwabił rodzinkę karasi.

Pierwsze minuty poświęciłem na zanęcenie łowiska. Na zaklipsowaną odległość posłałem około 1/4 mieszanki przeznaczonej do łowienia. Na pierwsze branie nie musiałem długo czekać. Na miękki pellet o smaku wątroby skusił się leszczyk. Kolejne ryby były tylko kwestią czasu, ale rozmiarowo nie mogłem być zadowolony. Leszcze w wersji “chlapak” co chwila lądowały w koszu od podbieraka. Ze względu na dość mocno piekące słoneczko, postanowiłem odpuścić rozkładanie siatki. Z biegiem czasu zacząłem też próbować eksperymentów z  boosterem z kredki. Ilość brań nie zmieniła się, ale za to inni goście zawitali w stołówce. Były to zamieszkujące łowisko karasie srebrzyste. Kilka japońców było już całkiem przyzwoitych.

 

Pierwsze branko.

Leszczyk na początek to standard tej wody.

Typowy rozmiar leszcza.

Kolejny..

Czasem ryby brały dosłownie parami.

Lubię takie wyjazdy uwieńczać jakimś bonusem i ten oczywiście był. Około dwukilogramowy amur to bonus raczej średni, ale w tak trudnych warunkach ucieszył mnie niezmiernie. Niestety ryba podczas łapania ostrości zdjęcia wyleciała mi z rąk prosto do wody i tyle ją widziałem. Bywają i takie sytuacje. Na osłodę trafił się też karpik, który skosztował w scopexowej kulce podanej na włosie. Tym razem obyło się bez niespodzianek i połów udało się uwiecznić. W tym dniu karpie ewidentnie nie żerowały. W łowisku pływa ich sporo,ale podczas wędkowania  widziałem oprócz mojego, wyjęte zaledwie dwie, podobnej wielkości sztuki. Nie zawsze karpie biorą, dlatego zachęcam do eksperymentowania i szukania innych rozwiązań i innych gatunków ryb. Czasem zabawę zapewnią leszczyki, liny a czasem karasie srebrzyste. Tak czy siak w czerwcu ręka rybą śmierdzi. Oby tak było już do końca roku.

Karasie weszły w łowisko nieco później.

Blizny na pyszczku świadczą, że ryba doświadczyła niejednego haka.

Dzisiejszy bonusik.

Wodom cześć.

Tekst i foto: Marcin Cieślak

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress