Zawody Moczykijowe 🎲
DZIEŃ KONIA NA GLINKACH!
4 mins read

DZIEŃ KONIA NA GLINKACH!

Ten artykuł był czytany - 40 razy!

Po zawodniczym dłubaniu drobnicy zapragnąłem znów pojawić się nad wodą z methodą i podźwigać trochę większych ryb. Tym bardziej, że zaczyna się wielkie żarcie. Noce zimniejsze, ale we wrześniu jeszcze można liczyć na słońce i wtedy ryby wychodzą na popasanie, żeby magazynować tłuszczyk na zimę.

Standardowo pojechałem na  głęboką gliniankę, na której są ryby, bo obowiązuje na niej no kill! Tam żadne “kormorany” na szczęście nie żerują i prawie zawsze można liczyć na fajne wędkowanie. Raz lepiej, raz gorzej, ale przeważnie na zero się nie schodzi. Standardowo do pojemników trafiły dla rodzaje pelletu Professa 1,5 mm. Salt Fishmeal oraz Natural. Do tego zanęta do smużenia. Przetarłem ją przez najdrobniejsze sito, aby pozbyć się wszelkich dodatków. Chodziło o drobną smugę w podajniku.

Ciemna mieszanka posłuży do robienia czapeczki na górze podajnika, który ma ściągać ryby szybciej w łowisko. Wędkowanie rozpocząłem na 35 metrze, gdzie jest lekkie wypłycenie, a głębokość ok 2 metrów powinna być dobra, jeśli tylko słońce pojawi się na niebie.  Pierwsze w łowisku pojawiły się japońce. I to ryby bardzo ładne, bo takie, którym do kilograma już niewiele brakuje.  ryby weszły stadem i w ciągu pierwszej godziny miałem kilka sztuk.

Potem również stadnie zameldowały się w łowisku podleszczaki. Lubię łowić leszczyki na tym łowisku, bo nawet jeśli dużo im jeszcze brakuje do tzw. łopat, to już są złote. Te mają o dziwo jeszcze pozostałości po ranach tarłowych. Chyba, że to inne zdarzenia.

Na większe ryby przyszło mi czekać aż stada karasi i leszczyków porządnie się najedzą, a w łowisku pojawi się przestój. Wtedy jest szansa, że ociężałe karpiszony przyjdą i do mnie. Tak było. Szczytówka wskazała wolne majestatyczne branie i po długim holu, bo ryby z głębokiej wody nie trafiają do podbieraka  w tempie tych komercyjnych. Pierwszy karp ok 4 kilogramów melduje się na brzegu.

Potem znów doławiam kilka leszczyków. Daję chwilę odpocząć tej linii. Nie chce utrzymywać chlapaków w łowisku kolejnymi koszykami z towarem. Rzucam na głębszą wodę, gdzie wygruntowałem sobie wcześniej kolejne miejsce. Tam jest 3,5 metra wody, ale dwa razy po 10 minut na stoperze nie przynosi efektów. Wracam do linii na 35 metrze i leszczyki odeszły. Zamiast tego łowię jesiotra i niedużego karpia o bardzo ciemnym ubarwieniu. Chyba mój stary znajomy. Po pewnym czasie mam branie, które kończy się wpłynięciem naprawdę dużej ryby w zaczepy i urwaniem przyponu. Nie byłem w stanie jej zatrzymać.Po tym zdarzeniu  znów dłużej czekam na branie. Prawdopodobnie koń narobił zamętu w łowisku. Trudno! Zdarza się. Dodaję słodkiego, waniliowego boostera i czekam spokojnie na branie.

Na bagnecie tego dnia królował Profess Kokon w kolorze różowym.

Powoli myślę  o zwijaniu sprzętu, bo standardowe 4 godziny nad wodą już minęły, a ja jestem mocno wyłowiony. Karpiki dały w kość, nie było nudy. Ostatnie branie i znów czuję, że ryba nie jest mała. Hol się przedłuża, a mnie już naprawdę ręka boli. Myślę sobie albo to dwucyfrowa ryba, albo karp pełnołuski, których kilka pływa w tej wodzie. Są niesamowicie silne. Po dłuższym czasie okazuje się, że to ta druga opcja.

76 cm złotego szczęścia

Ryba ma 76 cm i dała mi tak popalić, że ramiona zaczęły mi płonąć jak po dobrym treningu. W głębokiej gliniance taka ryba zachowuje się zupełnie inaczej niż na łowisku komercyjnym. Była więc i frajda i zmęczenie. Kończę wędkowanie – szczęśliwy!

Tekst i foto: Tomek Sikorski