WAKACJE W CZECHACH
Ten artykuł był czytany - 2001 razy!
Nadeszła jesień a wraz z nią coraz mniej ładnych dni dających możliwość powędkowania. I choć zapaleńców, którzy przy minusowych temperaturach nad ranem wybiorą się z wędką nad wodę nie brakuje… to okazji by spotkać ładne ryby jest coraz mniej. Dlatego chcę przypomnieć co tego lata działo się podczas mojego i Pawła wyjazdu do Czech. Bo ja już z tęsknotą czekam na letnie, albo chociaż wiosenne wypady nad wodę.
Nasza wyprawa rozpoczęła się na początku sierpnia i trwała 10 dni, dało to możliwość wędkowania przez pełnych 8 dni nad urokliwą rzeką Luznice w mieście Tabor w południowych Czechach. Nie był to nasz pierwszy wypad do tego miasta i nie pierwszy raz mieliśmy styczność z tamtejszymi rybami. Ale pierwszy raz w tej wyprawie towarzyszyła nam tyczka i to łowienie metodą skróconego zestawu miało być największą atrakcją pobytu w Czechach.
Na początek kilka słów o łowisku. Jest to leniwie płynąca rzeka, do łapania na stopa wystarczają spławiki 4 gramowe. Jej głębokość to od 2 do 4 m (w zależności od miejsca), a szerokość to około 40 metrów. Dno rzeki było lekko muliste, raczej proste, bez zaczepów. Nasze wędkowanie na tej wodzie można podzielić na dwa zupełnie różne etapy. Jest to związane z faktem że łowiliśmy w dwóch miejscach które dzieli od siebie nie więcej jak 500 m odległości.
W pierwszej części skupię się na relacji z pierwszych czterech dni wędkowania, a w drugiej przedstawię kolejne dni, w nowym miejscu i innych warunkach tego samego łowiska.
Na pierwsze miejsce łowienia wybraliśmy stanowisko przy drodze prowadzącej do pobliskiego Parku. Nam ułatwiło to znacznie rozłożenie sprzętu, nie odczuliśmy by bliskość drogi przeszkadzała rybom, gdyż ruch samochodowy był niewielki. Po naszej stronie brzeg był porośnięty trawą z łagodnym zejściem do wody, natomiast po drugiej stronie był niedostępny las, i brak możliwości połowu, chyba że z łódki.
DZIEŃ 1
W tym miejscu łowiliśmy pierwszy raz i nie do końca wiedzieliśmy czego możemy się spodziewać. Dlatego po załatwieniu wszystkich formalności potrzebnych by łowić w Czechach, wybraliśmy się tam już drugiego dnia pobytu późnym popołudniem na rekonesans.
Do łowienia posłużyły listki o gramaturze od 2,5 do 4 g. Przypony były robione na żyłce 0,12, nie przekraczały 40 cm. Stosowaliśmy duże haczyki nr 14, na których bez problemu mieściło się ziarno kukurydzy. Przez cały pobyt świetnie sprawdziły się amortyzatory 1,2 na kąpie i leszcze, oraz 1,6 na karpie.
Na pierwsze łowienie Paweł przygotował ok. 1500 g zanęty (Magnetic karp + leszcz) paczkę gliny brązowej, paczkę ziemi torfowej, pół puszki kukurydzy, 100 ml białych robaków. Taka mieszanka powędrowała w większej części do wody, reszta została na donęcenie.
Efekty rekonesansu zapowiadał się obiecująco, w niecałe 3 godziny Paweł złowił:
– 2 leszcze (cejn vielky) po 1200 g
– 1 karp (kapr) 1560 g
– 1 krąp (cejn maly) 560 g
– drobne leszcze i krąpie (od 200 do 500 g) 4000 g
Łącznie dało to 8400 g. Nie mieliśmy jokersa, ochotki, z doświadczeń poprzednich lat wiedzieliśmy że ryby nie są tak wybredne i spokojnie można je łowić na pinkę czy też ziarno kukurydzy. Zaskoczeniem był dla nas kompletny brak płoci. Od miejscowych wędkarzy dowiedzieliśmy się że winę za to ponoszą kormorany które w zimę prawie wyjadły ten gatunek. Najbardziej ucieszył nas pierwszy karp, nie był duży ale zaostrzył nam apetyty na więcej.
DZIEŃ 2
Zachęceni po pierwszym dniu, nastawiliśmy się na szukanie karpi. Paweł przygotował tym razem zanętę typowo karpiową i podał ją z gliną rozpraszającą, w proporcjach takich jak dnia poprzedniego. Oczywiście w zanęcie pojawiła się kukurydza i robaki. Paweł szukał cały czas karpi dlatego donęcał tylko luźną kukurydzą. Jednak tym razem nie udało się trafić na oczekiwaną rybę, a efekt 5 godzinnego połowu wyglądał następująco:
– 2 leszcze do 1200 g
– 2 leszcze po około 1200-1500 g
– 6 największych krąpi powyżej 2700 g (od 400 do 530 g)
– drobne leszcze i krąpie 3800 g
Dało to około 11200 g ryb. Warto zwrócić uwagę na piękne krąpie które na naszych łowiskach były by świetnym bonusem, a tam stanowiły „drobnice” na którą nie polowaliśmy.
DZIEŃ 3
Wciąż czuliśmy niedosyt ponieważ nie pojawiły się tak oczekiwane karpie. Dlatego trzeciego dnia Paweł postanowił ograniczyć zanętę do potrzebnego minimum, i zwabić ryby mieszanką z przewagą gliny. Tym razem parę większych ryb niestety się spięło, trudno określić wielkość ale bezsprzecznie były to duże karpie co dało się poznać po szybkim odjeździe….
Po 5 godzinach łowienia wyniki przedstawiały się następująco:
– 1 leszcz ok. 1000 g
– 10 krąpi między 400-600 g (w tym rekordowy 36 cm i 600 g)
– 1 karp 1900 g
– drobne leszcze i krąpie 3000 g
Dało to razem jedynie 8000 g. Wynik nie był imponujący, ale wiedzieliśmy że karpie pojawiły się w łowisku i wypłoszyły drobniejszą rybę. Hol prawie 2 kg karpia na 6 i 7 elemencie tyczki był bardzo emocjonujący. Wtedy akurat Paweł używał topu z amortyzatorem do łowienia krąpi.
Złowiony karp prezentował się świetnie właśnie takich okazów szukaliśmy.
Nastąpił przełom który dał nam odpowiednią wiedze by myśleć o zwabieniu karpi w następnym dniu połowów.
DZIEŃ 4
Tego dnia Paweł postawił na zanętę karpiową (wiedzieliśmy już że takie mieszanki o owocowym smaku sprawdzają się najlepiej) z podobnie jak wcześniej z gliną rozpraszającą i kukurydzą. Jednak zupełnie zrezygnował z robaków w zanęcie, by nie wabić czeskiej „drobnicy”. Całą mieszankę podał na początku, a na donęcanie zostawił jedynie kukurydzę. Kapie pojawiły się po 3 godzinach i przez kolejne 3 godziny rządziły w łowisku. W efekcie Paweł złowił:
– 2 leszcze ponad 1 kg,
– 6 karpi (1×1200 g, 3×1500 g, 1x1800g, 1×2500 g)
– drobne krąpie, ale bez większych sztuk, 3500 g (do ważenie ryby tylko powyżej 300 g)
Pawłowi udało się rozpracować tamtejsze karpie, byliśmy usatysfakcjonowani pierwszymi połowami z tyczką w Czechach. Wiedzieliśmy co nasz czeka jeżeli jeszcze jeden dzień spędzimy w tym miejscu, dlatego zdecydowaliśmy się na zmianę łowiska i szukanie nowych wyzwań. Przyszedł czas na powrót na stare śmiecie i sprawdzenie łowiska gdzie Paweł łowił zawsze podczas podróży do Taboru.
Tekst i foto: Agnieszka Kotlarska










