Niemal od początku roku chodziło za mną prawdziwe rzeczne łapanie. Narew i Wisła w mojej okolicy to temat który musi poczekać co najmniej do maja. Na dużej rzece nie dość że ryby jeszcze nie współpracują tak jak powinny, to i stan wody nie pozwala na spokojne łowienie, bynajmniej w miejscach, które znam i gdzie łowię.
Po rozmowie z Mistrzem Okręgu (U 18) Łukaszem Gierachem , który trenował rzeczne pływanie na Wkrze ustaliłem, że da się tam już coś złowić. Łukasz wytłumaczył mi że czeka mnie ”ciężka orka” albo szybkie pływanie. Ten drugi wariant w jego wykonaniu był skuteczny jakiś tydzień przed moją wyprawą. U mnie było zgoła inaczej ale o tym za chwilę…
W mojej wyprawie towarzyszył mi kolega po kiju Łukasz Matusiak. Po przyjechaniu nad wodę od razu wzięliśmy się za gruntowanie i mieszanie towaru. Łukasz postawił na mieszanki Lorpio z dużą ilością gliny i kleju.
Jako że Wkra w tym miejscu ma około metra wody a uciąg jest podobny do tego w Wiśle ja też nie przebierałem w środkach jeśli chodzi o doklejanie.
Dziesięć kilo ciężkiej gliny rzecznej i półtorej paczki bentonitu to absolutne minimum jeśli chodzi o ”betonowanie” towaru na dnie. Do tego zanęta płociowo- leszczowa Marcela i Mondiala, mięso w postaci jokersa, mrożonej pinki i białych. Jeszcze tylko odrobina pieczywka fluo i mogliśmy zaczynać…
Mając na uwadze to co podpowiadał trenujący wcześniej Łukasz na naszych topach zawisły zarówno zestawy ciężkie jak i lekkie lizaki, które jak się okazało niemal fruwały w nurcie.
Po wrzuceniu zanęty przez pierwsze dwie godziny nie mieliśmy nawet brania. Oprócz jednej wystraszonej płotki i małego jelca nie mogliśmy nic skusić. Nasze siatki świeciły pustkami.
Po tym czasie znacznie poprawiła się pogoda, wyszło słonko i ryby zaczęły się tak jakby przebudzać. Brania stawały się śmielsze i bardziej zdecydowane. Do stołu przyszły płotki i jelce, które z biegiem czasu brały na cały wachlarz moich przynęt.
Miałem też jedno potężne branie z rodziny kleniowo- jaziowej ale ryba wygrała krótką walkę. O dziwo nie złowiłem nic z ”fruwania”. Tylko ciężka praca 22 gramowym sergiuszem przyniosła mi jako takie efekty.
U Łukasza było gorzej. Co prawda wyjął on kilka płotek ale nie mógł tego dnia wpasować się w ryby. Może następnym razem będzie lepiej..
To była dobra szkoła rzecznego łowienia. Wkra jest świetną wiosenną alternatywą dla wszystkich spragnionych rzecznego łowienia i na pewno jeszcze nie raz zajrzymy w to miejsce.
Do następnego!
Tekst: Marcin Cieślak
Foto: Marcin Cieślak. Łukasz Matusiak, foto nr 2 Łukasz Gierach.