Pierwszomajowa wyprawa niemal co roku ściągała mnie nad rzekę. Aby móc znaleźć wolne, ciekawe miejsce nad wodą, zmuszony byłem do bardzo rannego wstawania. Choć i tu reguły nie było. Często mimo pobudki w godzinach nocnych nad wodą musiałem się nagłowić, żeby odszukać swoją oazę. Tak to już jest, że miejsca z dogodnym dojazdem nad wodę ściągają tłumy wędkarzy. Od razu więc odpuściłem rzekę i darowałem sobie inne znane mi miejsca gdzie zwyczajnie teraz jest tłoczno. Dla wielu pierwszy maj to także okres pierwszych wizyt nad wodą po opłaceniu karty wędkarskiej. Chcąc uniknąć zbytniego gwaru postawiłem na odległe łowisko niedaleko Tarczyna. Nadarzyła się też okazja to sprawdzenia nowych pelletów od firmy Goldfish i odbycie treningu z „drgającą” w ręku. O poprzednim łowieniu z użyciem zanęty od złotej rybki możecie przeczytać klikając tutaj.
Gotowość na placu boju.
Tym razem wypad miał być typowo rekreacyjny. Zero pośpiechu, targania nad wodę klamotów, kotłów i kombajnu. Feederowy fotel, mata, podbierak, dwie wędki i zaczynamy. Łowisko Lindis, którego byłem gościem składa się z dwóch zbiorników przy czym jeden związany jest z wcześniejszymi rezerwacjami i typowo karpiowym łowieniem. Na moje drgające wędkowanie spokojnie miał mi wystarczyć mniejszy i według mnie bardziej urokliwy akwen. Dodam tylko, że miejsce wytypowałem zupełnie losowo kierując się „nosem”, a ten zaprowadził mnie w okolice wyspy.
W tym dniu postawiłem na 2 mm pellet o smaku ochotki i orzecha tygrysiego.
Do mojej kuwetki trafiły dwa pellety – miks ochotki i orzecha tygrysiego wielkości 2mm. Mieszankę wzbogaciłem zanętą feederową tego samego producenta. Moją uwagę zwrócił szczególnie orzech, który pachnie na prawdę bardzo intensywnie. Na jedną wędkę powędrował zestaw z zablokowanym podajnikiem. Drugą wędkę uzbroiłem w łącznik szybkiej wymiany qiuck beads.
Miks pelletów przed dodaniem zanęty.
Do pelletu dodałem odrobinę feederowej zanęty, aby szybciej zwabić ryby w łowisko.
Pierwsze minuty nie wróżyły nic dobrego. Sąsiedzi meldowali o całkowitym braku ryb i zaniku brań. Jako, że zupełnie nie znałem łowiska nie wiedziałem czy jeszcze jakieś ryby zameldują się na macie. Na pierwsze potężne przygięcie szczytówki musiałem poczekać około 40 minut. Tak to już jest, że czasem karpie muszą „znęcić się” w łowisku i zasmakować w podawanej potrawie. Pierwszy „prosiaczek” wybrał krabowy duży pellet wielkości 12 mm podany na gumce.
Krabowy pellet 12 mm.
Pierwszy karpik melduje się na macie.
Druga wędka uzbrojona w białe robaki czekała cierpliwie na branie. Czas mijał nieubłaganie a ja pracowałem dwoma feederami cały czas nęcąc łowisko. W końcu nadeszła upragniona godzina. Ryby zaczęły meldować się na dwóch wędkach na raz. Okazami nazwać ich nie mogę, ale kilka fajnych holi wpadło na moje konto. Swoje pięć minut miała też moja druga połowa. Wszystkie cyprinusy od razu lądowały w wodzie. W tak olbrzymi ukrop darowałem sobie męczenie ryb w siatce. Poza tym ta i tak została w domu ze względu na ograniczanie do maksimum bagaży.
Braciszki…
Mimo, że nie nad dziką wodą, to było bardzo fajne rozpoczęcie majówki. Za dwa dni zobaczymy co piszczy nad rzeką..
Ktoś tu chyba polubił feeder.
Do następnego.
Tak wygląda bezpieczny powrót do domu.
Tekst i foto: Marcin Cieślak
Foto: Marzena Lemańska