ZAWODY

ZABAWY Z DRGAJĄCĄ W PRZECHODZĄCĄ NAWAŁNICĘ.

    Łowienie w  zbiornikach komercyjnych od zawsze budziło kontrowersje. Ale co jeśli zbiornik nie jest corocznie zarybiany a ostatnie „wpuszczanie” notowano tu kilka ładnych lat temu. Populacja ryb zmienia się i waha co sezon. Dwa lata temu w zbiorniku dominowały karpie zwane potocznie wyścigówkami. To właśnie dwukilówki najczęściej gościły na hakach, a reszta ryb była zwyczajnie przypadkowa. W tym roku akwen zdominowały japońce, które mimo na pewno sporej liczebności mają też swoje humory i okresy słabych żerowań. Poprawiła się też populacja linów, ale osobnika kilogramowego nie widziano już dawno. Każdy ma swoje przemyślenia dotyczące komercji, ale akurat tego zbiornika będę bronił w zaparte, bo nie jest on prosty  i nie raz już nie jednego nauczył pokory. Mnie również. Pokazały to także rozgrywane tu zawody wędkarskie, gdzie notowano zwyczajnie zera.

 W dzień mojego wyjazdu na ryby, synoptycy zapowiadali pogodę umiarkowaną. Miało być słonecznie, nieco powiać i coś tam pokropić, ale chyba nikt nie spodziewał się, aż takiej nawałnicy. O szczegółach przeczytacie za moment. Pamiętam mój wcześniejszy wypad, kiedy to karasie brały na zestawy z koszykami. Teraz przyszedł czas na methodę.

 

Pellety firmy Carpio- morwa, ochotka i orzech tygrysi.

Tym razem zabrałem nad wodę pellety od firmy CARPIO, którym przyglądam się pierwszy sezon. O ile smaki ochotki i halibuta są mi doskonale znane, to z morwą i orzechem tygrysim nigdy wcześniej styczności nie miałem. Szczególnie orzech był dla mnie bardzo zagadkowy. Owszem wiem, że w menu karpi orzechy tygrysie występują, ale dotychczas smak ten kojarzył mi się tylko z prawdziwym karpiowaniem i proteiną na czele.  Producenci jednak idą z duchem czasu i wychodzą ku potrzebom methodziarzy.  Fakt przenoszenia suplementów i smaków z wędkarstwa karpiowego do feederowego bardzo mi się podoba i mam nadzieję, że kiedyś my feederowcy będziemy mieć takie same przynętowe możliwości jak karpiarze.

 

Pellet o smaku morwy ma rubionowy, wyraźny kolor. Na zdjęciu po prawej pellet morwa i ochotka wielkości 4 mm oraz orzech tygrysi w wielkości 1,5 mm.

Ponieważ mój zbiornik jest przepływowy celowo wybrałem miejsce znajdujące się blisko upustu. Dobrze natleniona woda i podwodne prądy zawsze powinny gromadzić ryby. Niestety tym razem pogoda postanowiła zrobić psikusa. W tak zmiennej aurze nie łowiłem już dawno. Słońce przeplatało się na zmianę z deszczem, a tuż przed końcem łowienia nad łowiskiem przeszła prawdziwa nawałnica. Umiarkowany wiatr zamienił się w wichurę. Momentami oczywiście padał grad, a temperatura nie sięgnęła nawet 10 kresek.  W tak ciężkich warunkach łowienie nie było łatwe.

 To już koniec świata czy jeszcze nie ? Tak wygląda nawałnica.

Do pojemnika wsypałem pellet o smaku ochotki i morwy wielkości 4 mm. Całość mieszanki uzupełnił też 1,5 mm pellet  o smaku orzecha tygrysiego.  Przynęty stanowiły 6 i 8 mm pellety o słodkich smakach podane na gumce, oraz obowiązkowe białe i kolorowe robaki.

 

Booster o smaku morwy posłużył mi do „dopalenia” pelletu.

 

Gotowa mieszanka oraz mój podajnik z robactwem.

Brania nie były pewne. Ryby chyba też odczuły skoki ciśnienia i przechodzące fronty, bo tylko delikatnie podrygiwały szczytówkami od moich wędek. Jeśli zacięcie nie było w tak zwane tempo, hak świecił pustką. Nie mogłem  nawet na chwilkę spuścić szczytówek  z oczu. Z tak delikatnymi braniami dawno nie miałem do czynienia. Niecałe trzy godzinki nad wodą przyniosły mi kilka kilogramów karasi okraszonych linkiem. Patrząc na panujące warunki mój wynik do najgorszych nie należał. To była dobra lekcja łowienia na refleks.

Zacinać czy nie ?!

 

Deszczowy karaś

 

Wynik tego mokrego łowienia.

Wypracowane ryby cieszą zawsze podwójnie.

Do następnego!

Tekst i foto; Marcin Cieślak

 

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress