W życiu każdego wędkarza – pismaka, przychodzi taki moment, kiedy to trzeba schować dumę do kieszeni i opisać wyprawę, w której ryby na oczy nie widział żaden z jej uczestników. No chyba, że będzie to ryba, którą jak na złość tarmosi przygodnie spotkany nad wodą członek innej ekipy. Na szczęście dla wielu osób wypad wędkarski nie jest tylko wycieczką po mięso i potrafi też cieszyć gdy ryby brak. Taki właśnie był nasz pierwszy drużynowy wypad na Trocie.
Rozdział 1. Na początku był chaos
W dobie powszechności dostępu do internetu zanim wsiądzie ktokolwiek do samochodu i wybierze się w długą podróż, każdy przy zdrowych zmysłach, (choć o nas wędkarzach trochę ciężko to powiedzieć ) przewertuje wszystkie strony internetowe, zgromadzi superważne dane i wybierze niemal ze stuprocentową pewnością opcję najlepszą. Zastanawialiśmy się długo.

Kto by pomyślał, że w takich „ciurkach” możemy natknąć się na prawie metrowe trocie, czy nawet łososie. Ciężko uwierzyć?
Czy lepsza będzie Słupia, czy może Parsęta? Padło jak zwykle na trzecią opcję. Będzie Reda! Choć opinie na temat tegorocznego ciągu troci były zróżnicowane, raczej z przewagą tych mniej pozytywnych, to decydowaliśmy się właśnie na tę pomorską rzekę.
Oczywiście zapytani o powody naszej decyzji szybko odpowiadaliśmy, że było ich kilka. Po pierwsze to jedna z najlepiej chronionych rzek w Polsce. Ponoć kłusownika nad Redą nie uświadczysz, a to oczywiście zwiększa szansę na pierwsze spotkanie z jakimś srebrniaczkiem. Po drugie miłośnicy rzeki Redy są dość aktywni, a zdjęcia przez nich publikowane tu i ówdzie rozbudzają wyobraźnie każdego moczykija. Nie mówiąc o zdjęciach z rybami;) Trzeci powód, nie wiem czy nie najważniejszy, odległość. Od Redy dzieliło nas niecałe 400 km, czyli jakieś 6-7 godzin drogi w jedną stronę( w 2010 roku nie było jeszcze autostrady A1). Nad Parsętę czy Słupie było sporo dalej. Padło więc na Redę. Termin wyjazdu 16.01.2010. Niektórzy twierdzili, że to już trochę późno, bo przez pierwsze dwa tygodnie stycznia padło sporo pięknych srebrniaków i z każdym dniem szansa na złowienie chociażby kelta – mocno malała. Dodatkowo nasze szanowne małżonki i dziewczyny miały na temat naszej wyprawy własne zdanie.
U mnie w domu dialog wyglądał mniej więcej tak:
[Wędkarz] – Misiu jedziemy na Redę, to wiesz za Gdynią jest kawałek. Wieczorem będę.
[Żona] – Cooo? Nad morze? Przecież to kawał drogi.
[Wędkarz] – No wiem, ale jak wyjedziemy koło północy, to rano będziemy. Połowimy i wracamy.
[Żona] – Chyba jesteś nienormalny !!! Czternaście godzin w drodze, żeby parę godzin połapać?
Tu wędkarz się zastanawia jak odeprzeć ten jakże trafny argument, ale po chwili…
[Wędkarz] – No tak, ale wiesz każda chwila nad wodą jest ważna, a ja nie byłem jeszcze w styczniu na rybach…hmm, a widziałaś jakie te trocie to ładne są?
[Żona] – Ale przecież jest strasznie zimno i niebezpiecznie na drogach.
[Wędkarz] – Jesteś kochana, że się o mnie martwisz.(Jako, że pytanie wędkarza o jego rozsądek jest nie na miejscu, to zakończymy w tym miejscu ten dialog.( – przyp. żona)
… i pojechali.
Rozdział 2. Droga w nieznane.
Na początku miało być nas dziewięciu. Z każdą godziną przybliżającą nas do wyjazdu liczba ta się zmieniała. Stanęło na siedmiu chłopa, a raczej siedmiu wspaniałych, nieustraszonych łowców, którym żadne mrozy nie są straszne. Było się z czym mierzyć. Kilkanaście stopni poniżej zera, wtedy było normą. Dwa samochody wypchane po brzegi sprzętem, odzieżą wierzchnią i śpiochami pomknęły żwawo w kierunku Gdańska. Na początku mieliśmy się zmieniać za kierownicą, ale z różnych względów właściciele pojazdów prowadzili auta sami, od początku do końca. Droga na pomorze przebiegała bez żadnych niespodzianek. Trasy, choć boczne i mało uczęszczane, trzeba przyznać były porządnie odśnieżone. Nie dawaliśmy z resztą zbyt mocno po gazie. W końcu nie jedziemy na własny ślub i nikt nam deadline’u nie ustanowił. Zrobiliśmy kilka przystanków po drodze i co jakiś czas zerkaliśmy na termometr. Ten jakby na przekór naszym oczekiwaniom wskazywał na – 15, a nad ranem przed samym Gdańskiem – 18 stopni. W takich warunkach ciężko będzie, ale przecież się nie wrócimy do diaska !!! Jedną z zalet nieprzecenionych naszej podróży, była niebywała okazja wjechania na płatny odcinek „autostrady gdańskiej”. Przebrnęliśmy przez bramki, już się rozpędzamy… ale zaraz, kątem oka zauważam ograniczenie prędkości do 60 km/h. Nie może być! Na autostradzie? Kupa śmiechu. Na szczęście trwało to tylko chwilę, po której mogliśmy już mknąć upragnione 130 i dojechać w końcu do miejscowości Reda, gdzie poniżej jazu wkrótce rozpoczniemy wędkowanie.

Jak widać na mapie, pomimo pięknych krajobrazów utrwalonych na zdjęciach, to teren w którym rozpoczynaliśmy wędkowanie był zdecydowanie zabudowany.
Rozdział 3. Rzeka pełna niespodzianek.
Około godziny 8 rano jesteśmy prawie gotowi do rozpoczęcia wędkowania. Jeszcze tylko krótka przebierka, montaż zestawów i możemy ruszać nad rzekę. Tuż przy jazie rzeka rwie bardzo mocno. Szczerze mówiąc wystraszyłem się nie na żarty, gdyż nie zaopatrzyłem się w specjalistyczny trociowy kij. Stwierdziłem, że na jeden wyjazd nie ma sensu wydawać dość pokaźnej gotówki. Pomyślałem, że wystarczy mi mój stary szczupakowy Jaxon do 30 gram. Najwyżej będę łowił w spokojniejszych miejscach, a jak mi się spodoba i zapragnę wrócić na Pomorze to wtedy kupię coś porządnego. Chyba miałem rację, bo już kilkadziesiąt metrów poniżej jazu, rzeka się uspokoiła i choć dość mocno rwała, to dało się prowadzić przynęty dość dokładnie.
Rozpoczynamy wędkowanie. Szybko rozchodzimy się w poszukiwaniu „tych” miejscówek, które obdarzą nas pierwszym w życiu dzikim przedstawicielem łososiowatych. Każdy idzie swoim tempem wzdłuż rzeki. Ja zostaje lekko z tyłu. Nie lubię tłoku. Oprócz nas na tym odcinku rzeki jest jeszcze kilkunastu wędkarzy. Rozmowy nie nastrajają zbyt optymistycznie, każdy na razie na zero. Ale czas pokaże.
Pierwsze zaskoczenie to wielkość rzeki. Na zdjęciach wydawała się deczko większa, a na miejscu bardzo trzeba było uważać, aby chcąc rzucić pod przeciwległy brzeg, nie zostawić przynęty na krzaku czy drzewie. Przyznam, że dwie przynęty w taki właśnie sposób zdobią pewnie do tej pory brzegi Redy. Ryzyko jednak było wliczone. W moim arsenale przynęt prym wiodły karlinki, niestety z woblerami czekałem do ostatniej chwili, po czym okazało się, że w moim pięknym mieście nie uda mi się kupić nic godnego. Kilka starszych woblerów jednak mam w pudełku i to właśnie nimi i blaszkami Pana Kaczmarka obławiałem co ciekawsze miejsca Redy. Warunki połowu do najlżejszych nie należały. Co prawda nie było już – 18, bo wyszło słoneczko i temperatura skoczyła do jakiś – 10, ale i w takich warunkach łowi się trudno. Nie chodzi o zimno, bo byłem porządnie ubrany. Można powiedzieć, że jeśli nawet nie wyglądałem, to czułem się co najmniej jak Pi i Sigma z Matplanety. Główną niedogodnością był lód, który na przelotkach pojawiał się dosłownie po kilku sekundach. Szkoda, że nie pomyślałem o wazelince, żeby posmarować trochę co bardziej newralgiczne miejsca kija(kto smaruje ten jedzie, jak mawiają niektórzy). Trzeba było więc co chwile kruszyć lody(!).
Po kilku godzinach machania wędką przyszła pora na krótką przerwę wykorzystaną oczywiście na zjedzenie czegokolwiek, rozmowę i podsumowanie pierwszej części dnia. Z tym nie było problemów i wszyscy byliśmy na zero.
Rozdział 4. Pojedynek w parku.
Podczas naszego spotkania na parkingu podjęliśmy decyzję, o tym aby teren naszych poszukiwań delikatnie zmienić. Spróbujemy łowić trochę wyżej. Przejechaliśmy szybko przez centrum Redy i stawiliśmy się przy odcinku rzeki, który mocno meandruje na terenie urokliwego miejscowego parku.
Podziwianie urzekającego krajobrazu to niestety jedyne godne wspomnienia fakty z naszego pobytu w Redzie. Miejsc w których mógłby czaić się jakiś przedstawiciel łososiowatych było tu co prawda wiele, a każdemu rzutowi towarzyszył ten dreszczyk emocji związany z wyczekiwaniem na uderzenie, ale nic z tych rzeczy nie miało miejsca . Także w tym miejscu zanotowaliśmy porażkę. Również napotkani „w parku” nam podobni szaleńcy nie odnotowali tego dnia żadnych trafień.
Cóż, zimowe dni mają to do siebie, że szybko się kończą i trzeba było podjąć decyzję o zakończeniu tej nierównej walki, bo przed nami jeszcze 7 godzin drogi na Mazowsze. Podczas pakowania był jeszcze czas na ostatnie wnioski i rozmowy oraz wręczenie pamiątkowych naszywek upamiętniających nasz wyjazd.
Jedno trzeba powiedzieć. Nasza Ekipa była naprawdę zacna, i pomimo braku ryb, humor dopisywał wszystkim i to chyba najważniejsze:) …. a pamiątkowe naszywki, wciąż zdobią nasze spinningowe kamizelki:)
Tekst :Tomek Sikorski
Foto: Tomek Sikorski i Paweł (JONE) Cieślak