To była akcja w stylu czysty spontan! Szybki telefon do Marcina z propozycją połowienia drobnicy na krótkie baty. Wszak ostatnio zakochani we wszelkich rodzajach drgającej szczytówki, niemal zapomnieliśmy jak wygląda spławik! Na łamach naszego portalu widzieliście albo ryby duże, albo średnie. Chcieliśmy się trochę pobawić z rybkami w rozmiarze zawodniczym. Marcina długo namawiać na ryby nie trzeba. Sprawdziliśmy tylko, czy zdążymy się przygotować do takiego wędkowania i mamy minimum rzeczy do tego potrzebnych. Mamy! W Boże Ciało ruszyliśmy na pobliską gliniankę.
Niestety płytkie miejsca juz zajęte – będziemy łowić na głębokiej wodzie.
Okazało się, że na drabinkach mam kilka zestawów, a portfel z zawodniczymi przyponami na haczykach nr 20 i przyponach zero, zero nic też nie jest pusty. Tu warto zwrócić uwagę, że nawet przypony tak cienkie przechowywane rok czy dwa w odpowiednich warunkach, czyli chłodnym i ciemnym miejscu takim jak np. garaż nie powinny stracić początkowej jakości. Jedynym minusem był zupełny brak jokersa i ochotki, które do takiego wędkowania przeważnie są konieczne. Nie były to jednak zawody, a jedynie nasz wewnętrzny mały sprawdzian po latach. Brak zawodniczych robaków powodował, to że aby utrzymać ryby w łowisku i skutecznie je łowić, trzeba się wiecej napocić i być bardziej elastycznym.
Założyliśmy, że będziemy wędkować na dwie zupełnie inne zanęty. Ja wybrałem wariant spokojny. Uniwersalną, słodką zanętę Profess Honey & Coconut.
Marcin Wybrał równiez Professa, ale tegoroczną nowość, Orange & Chocolate w mikise w stosunku 1:1 z zanętą Tutti – Frutti.
Ten ciekawy wariant owocowy Marcin postanowił zabarwić dodatkowo na czerwono. Zanęta miała smużyć i być atrakcyjnym sposobem na selekcjonowanie płoci na tym łowisku.
Podczas wstępnego nęcenia każdy z nas podał kilka kul. Tu okazało się, że niestety obaj nie wzieliśmy kleju, bo mieliśmy łowić w miejscu dość płytkim, a te jednak było zajęte. Pozostały nam oczka z 3 metrowym gruntem na 4,5 -5 metrowym bacie. Trzeba było poradzić sobie dozując odpowiednio wodę, a do ziemi, która stanowiła nasz główny wypełniacz dodaliśmy glinki wiążącej. Dzięki temu kule były cięższe i szybciej docierały do dna.
Towar na wstępne nęcenie ulepiliśmy w stosunku 1:2. Jedna część zanęty i dwie części mieszanki gliny i ziemi.
Czerwonoskóre kule Marcina do wstępnego nęcenia.
Na donęcanie zostawiliśmy w kuwetach częśc samej spożywki, jeśli ryby będą reagować dobrze i samej ziemi, do której dodamy odrobinę pinki, jeśli żerowanie będzie bardzo słabe.
Pomimo długiej przerwy w wędkowaniu z batowaniem jest jak z jazdą na rowerze – tego się nie zapomina!
Po tak długiej przerwie w machaniu batem szło nam całkiem nieźle. Ryby ustawiły się od samego początku. Marcin zanotował od razu dwa „strzały”, co świadczyło o tym, że w łowisku pojawiły się bonusy. U mnie również było kilka tępych zacięć, po których na żyłce pozostawały kawały śluzu. Leszcze widac weszły w nasze mieszanki, ale póki co przegrywaliśmy. W tym miejscu woda dołem mocno już płynęła i z dużym prawdopodobieńtwem bonusy nie chciały pobrać naszych niestabilnych przynęt, a ryby które mieliśmy na kiju, były podpięte. Lekkie zestawy i metoda połowu nie sprzyjały stabilnemu podaniu przynęty.
Zabawa, zabawą ale koncentracja musi być;)
Celem naszym było szybkościowe łowienie drobnicy, więc bonusami zbytnio się nie przejeliśmy i robiliśmy swoje. Cieszyliśmy się poburzową, słoneczną pogodą. To front, który przeszedł przez nasz region z resztą spowodował, że nad wodą pojawiliśmy się dość późno.
Przeważały takie krąpiczki
Tempo na początku mieliśmy podobne, jednak później sytuacja zmieniała się jak w kalejdoskopie. Marcin zaczął mieć dłuższe przestoje, a ja łowiłem bardzo równo. Mój kolega jednak gdy już łowił, to ryby były większe. Na początku aby selekcjonować większe krąpie czy płoteczki, trzeba było używac białego robaka lub białych i żółtych pinek. Pod koniec wędkowania ryby były już typowo „ochotkowe”. Dopiero wybieranie najmniejszej czerwonej pineczki dawało branie, reszta była ignorowana.
W sportowym wędkarstwie ważna jest dobra pozycja, która nie męczy podczas rywalizacji.
Co ciekawe, mimo grymasów co do koloru „mięsa”, ryby żywo reagowały na donęcanie spożywką, lub meszanką gliny i spożywki. Po 2-3 rybkach musiała leciec w łowisko kulka towaru. Po 4 godzinach wędkowania wyniki zaskoczyły nas jednak pozytywnie. Napracowaliśmy się mocno i siatki były dość ciężkie. Waga na stanowisku Marcina wskazała 5120 punktów, a na moim 5190 pkt.
Marcin i jego wypracowany połów.
Moje ponad 5 kilogramów drobiazgu.
Wyniki bardzo podobne, a pomimo początkowego odrętwienia, obaj zdaliśmy egzamin i znów zachciało nam się spławika. Tego się nie zapomina, jak jazdy na rowerze.
PODSUMOWANIE I WNIOSKI: Podczas łowienia popełniliśmy bardzo mało technicznych blędów. Popełniliśmy je za to w trakcie przygotowania i wynikały raczej z pewności co do miejsca wędkowania. Mieliśmy zbyt lekkie zestawy, które za długo schodziły na 3 metr, a dodatkowo przechwytywały je dość często ukleje. Brak kleju żeby idealnie podać zanętę na głęboką wodę, to chyba nasz największy grzech. Na koniec warto przypomnieć o braku ochotki i joka, które pod koniec wędkowania by się przydały, bo ryba już na najmniejsza pinkę brała bardzo niepewnie. Mimo wszystko i tak daliśmy radę:)
Połamania Życzą Moczykije.
Tekst i foto: Tomek Sikorski
foto : Marcin Cieślak.