ZAWODY

METHODA Z ZIMNYM OGRODNIKIEM

„Pankracy, Serwacy, Bonifacy: źli na ogród chłopacy” – taką sentencję ukuli nasi pradziadkowie, obserwując przyrodę. Okres ten niemal zawsze zwiastował gwałtowne pogorszenie pogody, chłód, deszcz a nawet przymrozki. I kiedy wydawało się, że tym razem będzie podobnie Bonifacy się zlitował i przyniósł w miarę ciepły i przyjemny dzień. Można rzec takie okienko pogodowe w okresie lodowatego tygodnia. Wykorzystałem ten moment i ruszyłem na pobliskie łowisko poszukać białorybu. Na szybkie i niespodziewane wyprawy zawsze zabieram methodę. Co prawda po głowie chodzi mi już łowienie spławikiem lub klasycznym feederem, ale jeszcze ten jeden raz musiałem zaryzykować z pelletami.

Rzut oka na Łowisko w Piorunowie. Nad wodą żywego ducha.

Na moją przygodę zabrałem pellety od firmy Carpio. Black Halibut wielkości 2mm i 4 mm szybko trafił do kuwety. Liczyłem, że klasyczne smaki zaaplikowane rybom nie zepsują łowiska gdyby ryby jednak nie chciały współpracować. Kiedy pogoda płata figle, nic nie jest pewne a już na pewno nie brania.

Dziś na hak trafi 12 mm twardy pellet o smaku halibuta

Guma balonowa powędruje na drugi zestaw.

Jeśli chodzi o przynętę nie ryzykowałem ze smakami i kolorami. Na włos powędrował 12 mm twardy halibutowy pellet z dziurką. Na drugim zestawie podałem również twardy 8 mm pellet o smaku gumy balonowej.

Kilka słów o rozrabianiu pelletu:

Pellety Carpio nie lubią wody. Jeśli chodzi o rozrabianie pelletów moją halibutową mieszankę stopniowo nawilżałem i mieszałem niczym zanętę, zostawiając całość wilgotną, ale nie mokrą na dłuższe chwile. Suchszy pellet wypije wodę, która ściekła na dno kuwety, dlatego nigdy nie dorabiam go na styk, natomiast zawsze zostawiam nieco „niedomoczonym”. Nie lubię używać spryskiwacza dlatego mieszankę cały czas kontrolowałem używając dłoni i mieszałem. Pellet wyszedł idealnie.  Uważam, że pelletów różnych firm po prostu trzeba nauczyć się rozrabiać i na pewno nie podpiszę się pod stwierdzeniem, że coś jest złe tylko dlatego, że nie chłonie wody niczym gąbka i nie można tego zalać wiadrem wody na pół godziny, albo dłużej.  Najlepiej weryfikacje zostawić rybom.

 

Dziś będziemy łowić „na czarno”.

Zaczynamy

W oczekiwaniu na branie

Pierwszy leszczyk. W tym dniu było ich kilka.

Jest też porządny japoniec.

Lin numer jeden

I zielony braciszek.

Gruby japoniec w pełnej krasie

Tym razem obrałem dwie linie oddalone od siebie równo na 40 metrze. Chciałem skupić ryby możliwie tylko jak się da. Podajniki wpadały do wody możliwie blisko siebie. Pierwsze branie nastąpiło natychmiast, kiedy odkładałem drugą wędkę na podpórkę. Ryba pięknie przygięła szczytówkę. Był to leszczyk. Zazwyczaj na tym łowisku ryby rozkręcają się falami i po kilkunastu minutach brań następuję przerwa. Tym razem ryby cały czas kręciły się w stołówce. Brania notowałem  mniej więcej co 5 do 10 minut. Drugi do siatki trafił piękny japoniec. Potem kolejny. Po piętnastu minutach brania można było nazwać atomowymi. Ryby po prostu chciały zabierać wędki. Guma balonowa sprowokowała niedużego karpika, a halibut przyniósł mi dwa piękne zielone liny. Oczywiście między nimi odławiałem leszcze i karasie srebrzyste. To był wspaniały wędkarski dzień a ja byłem zwyczajnie wyłowiony. Obym częściej mógł doświadczać takich doznań.

Karpik to tylko przystawka.

Ostatnie foto i wypuszczamy zdobycze.

Takie japońce to całkiem fajny przyłów.

Do następnego.

Tekst: Marcin Cieślak

Foto: Tomek Sikorski

 

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress