ZAWODY

OSTATNIA DESKA RATUNKU

Bywają nad wodą takie dni, że nic ale to dosłownie nic nie chce choćby trącić naszych szczytówek. Feedery stoją jak zaczarowane a my wlepieni w koniec wędki staramy się odgadnąć, co poszło nie tak…?! Często zwalamy na ciśnienie, przechodzące fronty, pylenie drzew, tarło i inne. Opowieści słyszałem już wiele i każda z tych historii wykluczała błąd wędkarza, jako czynnik decydujący o niepowodzeniu. Prawda jest jednak nieco inna…

Nie ma nic gorszego niż brak pomysłu nad wodą. Kiedy ryby nie są skore do współpracy zawsze, ale to zawsze należy kombinować. Ja z reguły zaczynam od zmiany przynęty. Stopniowo zmniejszam kaliber podawanych pelletów przynętowych próbując ożywić wodę. Jeśli 10 czy 8 mm to dla ryb za dużo, schodzę na 6 mm a nawet 4 mm. Te podaję na malutkiej gumce uzbrojonej na włosie. Jeśli to nie pomaga sięgam po przynęty zwierzęce od białych po pinkę włącznie.  Nigdy przecież nie wiadomo, czy w łowisku nie pływają ryby, które jak to zwykło się mówić „nie mają dnia” i nie chcą gustować w pelletach. Może właśnie dwa lub trzy białe robaki zatopione w zanęcie pozwolą coś złowić?!  Skoro o zanęcie mowa, kolejnym krokiem jaki czynię,  to zupełna rezygnacja z pelletów zanętowych. Czasem nawet 2 mm pellet to dla ryb za dużo. Wtedy sięgam po drobną zanętę, która oczywiście pellet w swoim składzie posiada ale jest on pokruszony i w ilościach znikomych. Czasem też zostaję tylko i wyłącznie przy czystej spożywce, a i tę często jeszcze dodatkowo zubażam gliną lub ziemią.

Robin red i kryl – zanęta na trudne dni.

 

Na początku sprawdzone pellety

Jeśli nadal woda nie chce „otworzyć się”, sięgam po inny podajnik.  Mimo, że koszyczek do method feedera dobieramy do głębokości lub ewentualnie odległości łowienia , czasem warto zwyczajnie odchudzić nasz zestaw. Zbyt toporne i ciężkie zestawy mogą być dla czujnych ryb za bardzo podejrzane. Lekki i co ważne mniejszy podajnik potrafił nie raz, nie dwa zdziałać cuda na wydawałoby się zupełnym bezrybiu.

Następny krok to aktywne szukanie ryb. Ci którzy nie mają ochoty na spacery i podchody, muszą zwyczajnie odklipsować  żyłki z kołowrotków i szukać ryb „na macanego”. Warto przy tym rzucać na różne głębokości łowiska przeszukując zatoczki, podwodne górki i groble. Może tam właśnie przebywają ryby. Zazwyczaj odchudzanie zestawu i zmiana przynęt przynosi efekt i nawet jeśli „miśki” nie biorą, to zabawa powinna być gwarantowana z drobniejszym białorybem. Czasem nie ma co wybrzydzać. Drobniejsze ryby na pewno pozwolą sobie wszystko przypomnieć i ucieszą tych, którzy z jakiś względów bywają nad wodą rzadko i nie chcą schodzić z wody o kiju.

Bezpieczny kryl i wersja fluo jako agresywny wariant

Ostatnią deską ratunku, kiedy nic nie działa,  jest zupełnie odwrotne podejście do tematu. Jest to moja broń ostateczna i tak zwana ostatnia deska ratunku. Zakładam wtedy „żarowiastą” przynętę, często w wersji fluo a do podajnika ładuje tłusty, rybny pellet. Skoro nie działają delikatne bodźce może odwrotne, wręcz agresywne podejście do tematu otworzy wodę.  Ten ostatni  sposób często przynosił mi karpia i to na różnych łowiskach. Oczywiście było to jedno jedyne branie w ciągu dnia, więc bądźcie czujni i nawet na krok nie odchodźcie od wędek.

Ostatnia deska ratunku.

Karpik na „żarówkę”.

 

Foto i wypuszczamy.

Tym razem tylko średni białoryb.

Tekst i foto:

Marcin Cieślak

 

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress