ZAWODY

LEKKI FEEDER Z ROZMARZNIĘTEJ ZATOKI

           Końcówka grudnia zlitowała się nad wędkarzami. Po lekkim i uprzykrzającym życie mrozie nadszedł deszczowy front, który wraz z opadami przyniósł trochę ciepła. Większość odcinków nadal pokryta kruchą lodową taflą uniemożliwiała wędkować, ale pobliski zalew odpuścił. Co prawda odwilż „dotknęła” tylko jedną zatokę, ale  40-50 metrów kwadratowych wody wystarczyło mi, abym ruszył nad wodę. Nadarzyła się również okazja, aby sprawdzić i przetestować nową, „mikołajkową” wędkę. Przyznam szczerze, że kijaszek ze względu na swe parametry bardzo się przydał ale o tym za chwilę…

W oddali lodowa tafla.

Rzut oka z zatoki. Fala pokazuje jaki obszar wody nadawał się do wędkowania.

Jako, że zupełnie nie wiedziałem czego mogę spodziewać się po rybach i czy te w ogóle będą chciały skubać moje przynęty, zupełnie zrezygnowałem z nęcenia wstępnego. Postanowiłem, że sprawdzę czy ryby reagują w tak przenikliwe zimno podając od razu jedzenie w koszyku, następnie donęcę lub nie.  Celowo zastosowałem dość spory koszyk. Podajnik ważył równe 5 gram, ale spora średnica pozwoliła za każdym razem podawać w łowisko dość sporą ilość towaru. Takie rozwiązanie zastąpiło mi wstępne nęcenie i było zwyczajnie dużo bardziej bezpieczniejsze.

Czarna zanęta o zapachu kolendry.

Konopie prażone od profess.

 

Konopie i coco-belge…

Jeśli chodzi o mieszankę do wiadra powędrowała płociowa zanęta od professa o zapachu kolendry, szczypta konopi i coco- belege. Wariant typowo płociowy był rozwiązaniem bez ryzyka. Leszcze jeśli będą kręcić się gdzieś w pobliżu na pewno zajrzą do podwodnej stołówki. Zanętę oczywiście przesiałem, pozbyłem grubszych frakcji i zubożyłem ziemią. Podkładem był także mrożony dżokers, który został mi z poprzedniego wędkowania. Mieszankę odrobinę dokleiłem klejem mineralnym i mogłem zaczynać.  Z uwagi na to, że spodziewałem się bardzo delikatnych brań o ile te w ogóle miały się pojawić, uzbroiłem wędkę w najcieńszą 0,25 uncjową szczytówkę. To był strzał w dziesiątkę, ponieważ brania były bardzo ale to bardzo delikatne. Nowy nabytek okazał się strzałem w dychę. Brania na tak cienkiej szczytówce były widoczne i niemal każde nawet minimalne przygięcie szczytówki kwitowałem zacięciem.

Zimowa płotka.

 

Płoteczki jako pierwsze weszły w łowisko.

Jest pierwszy leszcz.

Zimą takie leszczyki cieszą.

Kolejny bremes..

Przyznam szczerze, że spodziewałem się większej ilości płoci. Te jednak szybko zostały wygonione przez leszczyki, które od razu pokazały, że są w łowisku ponieważ notowałem obcierki. Mimo okropnej pogody ryby kręciły się blisko, więc to było najważniejsze.  Pozostało mi tylko czekać cierpliwie na brania. Pierwszy leszcz wziął już po kwadransie, następny po kolejnych kilku minutach. Jak widać zanęta o zapachu kolendry podoba się także „leszczowatym”. Po kilku pierwszych płotkach, średnie leszcze zaparkowały w podwodnej stołówce. Spora ilość dżokersa i zanęty skutecznie trzymała ryby, które tym razem nawet na chwilę nie odpłynęły dalej. Nawet przechodząca momentami ulewa nie przeszkadzała bremesom w żerowaniu. Nawet jeśli brania odrobinę siadały, po przerzuceniu zestawu za jakiś czas znów meldował się „chlapak”.

 

Krótki, ale bardzo intensywny dzień zakończyłem po południu. W tym dniu na szczęście  wróciłem z tarczą i wygrałem z kapryśnymi rybami. Termos z gorącą herbatą i odpowiednie ubranie na cebulkę pozwoliło mi całkiem przyjemnie spędzić wędkarski dzień. Jeśli pogoda pozwoli łowisko odwiedzę zaraz po nowym roku. Do następnego.

Wynik końcowy.

Ostatnia fotka i rybki wrócą do siebie.

Tekst i foto: Marcin Cieślak

 

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress