A MIAŁY BYĆ PŁOCIE
4 mins read

A MIAŁY BYĆ PŁOCIE

Ten artykuł był czytany - 2094 razy!

Dobre dwa sezony nie łowiłem tyczką na wodzie stojącej. Feeder w każdej postaci włącznie z metodą pochłonęły mnie bez reszty, dlatego na spławik łowię rzadziej. Czasem jednak trzeba wrócić do przysłowiowych korzeni. Chciałem przypomnieć sobie widok znikającej pod wodą antenki spławika. Areną mojego treningu był zbiornik miejski tak zwany Potulik będący pod opieką pruszkowskiego koła.

Rzut oka na pruszkowskie łowisko.

Ostatnio koledzy połowili na tym zbiorniku bardzo fajnych ryb podczas rozgrywanych zawodów, gdzie ich przyłowy stanowiły ciekawe bonusy. We wcześniejszych latach zbiornik opanowany był przez płotki, dlatego chciałem sprawdzić czy duże ryby padające na zawodach dziś znowu się pojawią, czy może pozostanie mi dłubanie płotek.

Dziś stawiam na czarną zanętę anyżową od Fiskeri

Mrożony dżokers zaraz trafi do ziemi.

Postawiłem na trzy czarne warianty.

Ta ochotka była przechowywana ponad 3 tygodnie. Jak widać ma się jeszcze całkiem nieźle.

Nad wodą zjawiłem się koło szóstej. Wyznaczyłem losowe stanowisko i wziąłem się za rozkładanie stanowiska, gruntowanie i mieszanie zanęty. Mieszanka była bardzo prosta. 8 litrów ziemi podzieliłem na dwie części. Do pierwszej trafiło około 200 gram mrożonego dżokersa i 6 litrów ziemi a do pozostałej dwulitrowej części około 300 gram. Drugą część dokleiłem bentonitem. Jeśli chodzi o zanętę spożywczą postawiłem na anyżową zanętę Competition od Fiskeri. Zanęta dedykowana jest do połowu płoci, intensywnie pachnie i co ważne ma czarną barwę. Postanowiłem, że dziś wszystko podam na czarno. Podkład ziemi z dżokersem a na to trochę czarnej spożywki.

Najpierw wstępne nęcenie z ręki…

potem towar podałem z kubka, choć w tym przypadku z siatki.

Na wstępne nęcenie podałem 8 kul wielkości pomarańczy na 11 metr. Resztę bogatszej mieszanki i spożywki podałem z kubka, dokładnie po trzy kulki. Trochę trwało zanim ryby ustawiły się w polu nęcenia. Płotki pojawiały się sporadycznie i były bardzo chimeryczne. Czułem, że coś im zwyczajnie przeszkadza i nie mogą się po prostu rozkręcić. Przegruntowałem zestaw o około 5 centymetrów i położyłem przypon na dnie. Na hak nr 18 założyłem pinkę i kilka ochotek. To był strzał w dychę. Najpierw na brzeg wyjechały dwa ładne krąpie a następnie w podbieraku zatrzepotał się piękny złoty ponad kilogramowy leszcz.

Chimeryczna płotka na początek dnia.

Jest pierwszy bonus

Nie zapominałem o donęcaniu kubkiem.

Jest kolejny przyłów. Tym razem wymiarowy karpik.

Cały czas donęcałem kubkiem i to obojętnie czy w łowisku miałem przestój czy nie. Chciałem za wszelką cenę utrzymać ryby. Po pojawieniu się bonusa zwyczajnie postawiłem wszystko na jedną kartę. Płotki, które w tym dniu trafiły do siatki również pobierały przynęty z dna. Na drugi bonus czekałem około 20 minut. Moim przeciwnikiem okazał się wymiarowy karpik. Na zawodach byłyby to bardzo cenne punkty. Ryba skosztowała w pęczku ochotek. Po wyjęciu tej ryby łowisko przez moment opustoszało. Donęcanie kubkiem również zbytnio nie pomagało, ale byłem cierpliwy. Kolejny leszcz trafił się około 40 minut po karpiku i wybrał pęczek ochotek. Więcej bonusów nie było, wróciły jednak płotki, które uzupełniły mój połów. Wynik widoczny na zdjęciu to efekt czterogodzinnego treningu.

Pod koniec wędkowania wróciły płocie.

Kolejny bonus.

Wyniki

Wodom cześć.

Tekst i foto: Marcin Cieślak