Tegoroczna zima skutecznie odłożyła rzeczne feedery na półki. Minusowe temperatury i liczne opady nie dały możliwości zmierzenia się z rzeką. Nadszedł jednak czas wczesnej wiosny. O ile pogoda sama w sobie już od prawie miesiąca pozwalała na wiślane wypady to wysoka woda nadal utrudniała dostęp to tych „tajnych” miejscówek. Co tydzień przyglądałem się czy poziom wody jest już odpowiedni. Chciałem w końcu usiąść w miejscu, które regularnie od kilku sezonów, na wiosnę i jesień pozwala mi połowić fajnych rzecznych leszczy.
Pogoda dość wietrzna. Łatwo dziś nie będzie.
Doczekałem się! Miejsce o którym mowa, to część napływowa główki.. Woda o głębokości 2,5-3 metry i uciąg na który wystarczy 40 gramowy koszyczek to idealne warunki do wędkowania. Pogoda mimo pierwszego dnia wiosny nie była wiosenna. Silny wiatr i temperatura lekko poniżej zera nie należały do najprzyjemniejszych. Ze względu, że miejsce to ma już swoich stałych wielbicieli, postanowiłem być nad wodą jeszcze długo przed wschodem słońca, by móc na spokojnie przygotować stanowisko oraz zanętę do łowienia. Tego dnia postanowiłem przygotować dwie mieszanki. Jedna do zanęcenia w stosunku 1-1 zanęta, glina rzeczna, którą podałem w kulach i druga czysta zanęta do koszyka. Oczywiście wszystko dopalone moim zestawem obowiązkowym na rzekę czyli kolorowymi madami, blendowaną kukurydzą i mielonymi płatkami owsianymi.
Dziś stawiam na zanętę z mikropelletem feeder od Meusa.
Nie bałem się, że mimo wczesnej pory przekarmię ryby, ponieważ Wisła nie raz już pokazała, że trzeba dobrze zanęcić by utrzymać nawet niewielkie stado leszczy
Smakowite dodatki na dziś
Wędkowanie rozpocząłem jeszcze po ciemku, ale na pierwsze brania musiałem niestety poczekać. Ewidentnie było widać, że ryby kręcą się w zanęconym obszarze. Szczytówki co jakiś czas pokazywały leniwe przygięcia, które były powodowane obcieraniem się ryb o żyłki. Pozostało tylko trafić w gusta ryb z przynętą, bądź poczekać na okres wzmożonego żerowania. Pierwsze branie odnotowałem dopiero około siódmej. Nareszcie mogłem cieszyć się holem pierwszego leszcza. Następne brania pojawiały się falowo. Tak jakby ryby stadami wchodziły i wychodziły z zanęconego pola. W ciągu pięciu minut były 2-3 brania, po czym przez 30 min nie działo się nic, pomimo regularnej pracy zestawami. Ryby najlepiej reagowały na dwa białe robaki z dodatkiem 3-4 ochotek zawieszone na haku nr 14 i metrowym przyponem.
Leszcz już przyzwoity.
Brania tak szybko jak się pojawiły tak samo szybko się skończyły. Po godzinie dziewiątej zakończyłem wędkowanie. Oczywiście można było jeszcze poczekać na drugie okienko żerowań, jednak mocny wiatr przyciągnął za sobą lekkie opady i wolałem jeszcze w miarę na sucho wrócić do domu. Efekt dzisiejszego wędkowania to 8 leszczy, z czego 7 z nich w rozmiarach mocno zadowalających.
Wyniki.
Tekst i foto: Piotrek Leleniak, Marcin Cieślak