Zalew w Komorowie to płytkie łowisko, w którym dominuje populacja średniego leszcza. Mimo, że o okazy z roku na rok coraz ciężej, woda ta nadal jest świetnym, treningowym poligonem średniej ryby. W łowisku zazwyczaj łowi się zestawem skróconym lub matchówką, ale w tym dniu razem z wędkującym ze mną Tomkiem, postawiliśmy na delikatne pikery i zawodnicze łowienie. O łowieniu Tomka przeczytacie wkrótce na łamach naszej strony. Tutaj opowiem o swoim wędkowaniu.
W tym dniu do kotła powędrowała mieszanka glin od Gliny Natura.
Celowo użyłem słów „zawodnicze łowienie” dlatego, że postawiliśmy na trening z zasadami panującymi na zawodach feederwych wszelakiej rangi. Zakaz używania procy do nęcenia. Nęcimy tylko koszykami do nęcenia. Żadnych skrętek, pętli i krótkich przyponów. Jako, że na drgającą łowiłem na tym akwenie po raz pierwszy, chwilę trwało zanim wpasowałem się w łowisko. Na początku próbowałem z koszykami, zaczynając od 20, potem 15 a kończąc na tych 10 gramowych. Potem kombinowałem z haczykami, bo ku mojemu zdziwieniu mały haczyk nie dawał odpowiedniej selekcji. Oczywiście było kilka błędów i kilka wniosków na przyszłość, ale jak na pierwszy raz na nowej wodzie, wędkowanie muszę uznać za udane. Ale po kolei…
Zanęta leszczowa Meus z mikropelletem.
Zanęta ma sporo pelletu i pieczywka fluo. Po prawej: koszyk do wstępnego nęcenia gotowy do odpalenia.
Jeśli chodzi o zanętę, na wstępne nęcenie przygotowałem mieszankę Argille i Gliny Competition od Giny Natura. Wieść niosła, że ryb jest sporo więc zaryzykowałem z dużą ilością dżokersa. 350 ml wyrzuciłem z mieszanką glin podczas wstępnego nęcenia. 150 ml zostawiłem na donęcanie. Całość postanowiłem też dokleić klejem mineralnym tego samego producenta. Jeśli chodzi o zanętę tym razem sprawdziłem zanętę z mikropelletem od Meusa. Podczas łowienia do koszyka wędrowała przeważnie mieszanka glin z dżokersem. Błędem było podanie zbyt małej ilości treściwego mięsa. Nie spodziewałem się jednak, aż tak dużej ilości ryb i brań.
Rzut oka na łowisko oraz pierwszy hol.
Odległość którą odmierzyłem i zaklipsowałem wynosiła dokładnie 30 metrów. Przyznam szczerze, że zwyczajnie bałem się, że wiatr i podwodne prądy pokrzyżują mi plany jeśli przesadzę z odległością. Łowienie w bliższej odległości z kolei powodowałoby zmniejszenie szans na złowienie bremsów, które bezpiecznie czują się tylko na dystansie.
Łowienie rozpocząłem bardzo wcześnie bo jeszcze o szarówce. Ryby niemal od razu po zanęceniu łowiska meldowały się na haczyku. Były to jednak wzdręgi i płocie, których w tym dniu łowić nie chciałem. W kolejnym braniu spiąłem sporego leszcza. Był to dla mnie sygnał na powiększenie rozmiarów haka. Zabieg niemal od razu poskutkował. Ryby brały delikatnie, ale mocny drennanowski druciak pewnie trzymał leszczyki. W tym dniu leszcze były bardzo ostrożne, po dwóch rybach następowała kilkunastominutowa cisza. Wtedy stosowałem prosty zabieg. Podwałem zestaw na tą samą odległość, ale dwa metry w prawo lub lewo od pola nęcenia. Widać było, że stadko trzyma się zanęty i krąży w pobliżu, bo w tych punktach brania znów się pojawiały.
Sprawne oko wypatrzy malutki haczyk wbity dosłownie za skórkę.
Łowienie zakończyłem w godzinach obiadowych. To był bardzo dobry, wędkarski dzień. Błędy zauważone, wnioski wyciągnięte. Kolejna wyprawa powinna tylko poprawić rezultaty. O tym przekonamy się wkrótce. Dodam tylko, że ryby po szybkiej sesji wróciły do wody.
Ostatnie zdjęcia i za chwilę rybki wrócą do siebie.
Mój wynik.
Do następnego.
Tekst i foto: Marcin Cieślak
Foto: Tomek Sikorski