ZAWODY

W SUMIE TAKI BYŁ !

                   To miała być kolejna  wyprawa  na  sandacze. Muszę przyznać, że w tym roku „zedy” wyraźnie mnie polubiły. Ostatnio, niemal każdy mój wypad kończy się poskromieniem mętnookiego. Spora w tym zasługa phoenixowskich Power Fatów i  Impactów. W tym sezonie przynęty te to prawdziwe killery. Z uwagi na to, iż nie mieliśmy całego dnia na łowienie, bardzo wczesnym rankiem zameldowaliśmy się na naszych sandaczowych dołkach. Zazwyczaj na wodzie jesteśmy nieco później, tym razem przywitaliśmy świt. Nie byliśmy pierwsi, bo już w drodze na miejscówki minęliśmy kilka  łódek.  Cóż taki to wędkarski okres. Wszyscy szukają sandaczy…

Po dopłynięciu i zakotwiczeniu łodzi, pierwsze rzuty nie wróżą nic dobrego. Zaczep goni zaczep, a nasze plecionki wystawiane są na ciężkie próby. Spora część gumowego arsenału na zawsze pozostaje w odmętach wody. Wiadome jest jednak nie od dziś, że takie pełne zaczepów „mety” potrafią przynieść ładne ryby. Pierwsze delikatne brania pojawiają się mniej więcej godzinę po wschodzie słońca. Jedno z mocniejszych przytrzymań i w końcu zacinam pierwszą rybę. Rybę to może za duże słowo patrząc na rozmiary mojego wąsacza. Szybkie foto i sumik wraca do wody. Dosłownie w kolejnym rzucie znów mam branie. Tym razem malutki „wampirek” zapragnął pokazać się przed obiektywem aparatu. Kolejnych kontaktów niestety brak. Czyżby na tym miała zakończyć się nasza sandaczowa przygoda? 

  

Zmiany miejscówek nie przynoszą żadnych efektów. W końcu Paweł odczarowuje swojego „Vectrona” i zacina rybę. To pasiak. Sami zobaczcie na jaką gumę się skusił!  Uderzenie było tak mocne, że w początkowej fazie myśleliśmy, że to prawdziwy okaz.

Ten kolor gum w tym roku przyniósł mi kilka sandaczy. Tym razem spodobał się też okoniowi.

  

Tylko no kill

Czas leciał nieubłaganie, a my coraz więcej pływaliśmy. Tak to czasem bywa, że ryby niechętnie współpracują i trzeba znaleźć ten jeden, jedyny dołek, aby spędzić w nim resztę wędkarskiego dnia. Podczas takiego, rzecznego „rejsowania”  dość przypadkowo namierzamy głębsze miejsce. Echo wskazuję spadek z 2 do ponad 4 metrów. Fantastyczny podwodny stok. Musimy tu spróbować!  Pierwszy rzut i od razu mam potężne branie. Jeśli to sandacz to jest duży ! Ryba dość długo chodzi przy dnie. Paweł od razu eliminuje „zeda”. Nie wiemy co siedzi na końcu mojej wędki, a  walka jest niesamowita. Szczupak? Co u licha? W końcu ryba pokazuje się przy powierzchni. To sum. Podebranie jest tylko kwestią czasu. Sum nie był olbrzymem, ale na mojej lekkiej „sandaczówce” dał mi dość mocno popalić. Piękna ryba !

  

Przynętą był „Power Fat” od Phoenixa na popularnej ostatnio czeburaszce.

  

Po złowieniu tego „wąsala” rzucamy jeszcze godzinkę, ale bez efektów. Wracamy jednak w dobrych humorach, bo nie często mamy okazję spotkać się z taką rybą. Planujemy, też kolejne wyprawy. Tym razem „wąsaty” był przyłowem, ale może kiedyś poświęcimy mu więcej naszego wędkarskiego czasu.

W sumie taki był !

  

  

Sum na do widzenia pomachał nam tylko ogonem.

Do następnego ! Oby więcej takich wędkarskich przeżyć.

Tekst i foto: Piotr Cieślak, foto: Paweł Cieślak

 

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress