ZAWODY

PÓŹNY GRUDZIEŃ Z BATEM W DŁONI CZYLI PŁOCIOWY MINI TRENING

              Koniec roku nad wodą do najprzyjemniejszych, zazwyczaj nie należy. Najczęściej, kiedy synoptycy zapowiadają dobrą pogodę, ta robi psikusa i raczy nas, albo zbyt dużym wiatrem, albo deszczem przeradzającym się w najstraszliwsze ulewy. Tym razem było inaczej. Zapowiedź synoptyków przed moim łowieniem nie zwiastowała niczego dobrego. Miało lać, a i śnieg miał poprószyć. Na moje szczęście z nieba za dużo nie popadało, no może tyle co by ksiądz pokropił kropidłem. Wiatr też nazwałbym, co najwyżej umiarkowanym. Dodając to tego dodatnią, kilkustopniową temperaturę i zrobiło się całkiem przyjemnie. Oczywiście przyjemnie jak na późny grudzień.

Takie ranne przyjemności czekają tych co wędkują zimą. O słońcu oczywiście można zapomnieć.

Areną mojej wyprawy była glinianka „Krzaki”. Niegdyś woda ta słynęła z dużych gruntowych płoci. Ostatnio łowiłem tu kilka lat temu, więc na dobrą sprawę nie wiedziałem, co może mnie czekać. W takim dniu, kiedy aura jednak nie pewna i nie wiadomo czego się spodziewać, zrezygnowałem z łowienia tyczką. Płocie, które miały być celem mojego wędkowania postanowiłem odławiać długim siedmiometrowym batem. W ręce trafił mi, wygrany kiedyś na zawodach Mikado Ultraviolet. Piękny, lekki, dynamiczny kij idealny, chyba na panujące warunki. Na końcu wędki zawisł gramowy spławik „Gut-mix” przeznaczony do łowienia pełnym zestawem. Zestaw zbudowałem, na żyłce numer 0,12 Fiume Sportage, a przypon 0,08 tej samej firmy, kończył haczyk Drennan Red Match numer 18. Śruciny rozłożyłem tak, aby łowić z dużego, powolnego opadu. Ot takie leniwe podanie przynęty na leniwą porę jaką mamy.

 

Pod koniec roku wystarczy szczypta zanęty. 

Około 50 gram dżokersa i szczypta ochotki podane w glinie miały służyć dywanowaniu na dnie z zalegającą roślinnością. Mimo sporego gruntu użyłem lekkiej puszystej, jeziorowej gliny rozpraszającej.

Moją zanętę stanowiła glina doprawiona dosłownie szczyptą dżokersa oraz spożywka w postaci 100 gram czarnego Etang, rozrobiona z mieszankami glin w stosunku 1 do 10. Dodatkiem mającym podnieść skuteczność płociowych brań były prażone konopie. Jak się potem okazało ryby świetnie reagowały na donęcanie i bardzo szybko spławik znikał w podwodnych czeluściach. Używając takiego stwierdzenia wcale nie ma przesady, ponieważ grunt ponad 4 metry, jaki miałem w łowisku to spore wyzwanie dla kogoś kto przypomina sobie łowienie metodą długiego bata. Niestety na dnie zalegały jeszcze szczątki roślinności, co poniekąd zmusiło mnie do podania lekkiego towaru. Oczywiście lekkiego jak na dane warunki. Chciałem, aby kule rozpadły się po opadnięciu na dno, dlatego klej w moich mieszankach stanowił śladowe ilości.

 
Na pierwsze branie musiałem czekać dość długo, bo na pewno ponad 30 minut. Pierwsza, wystraszona płotka zameldowała się na wędce. Potem ryby rozkręciły się i pewnie zasysały ochotkę. Co ciekawe, najlepsze brania zaobserwowałem na dwie ochotki. Na jedną larwę, ryby nie wykazywały tak dużego zainteresowania. Niestety w łowisku zabrakło grubszego zwierza i widać, ze gruntowe płocie z „Krzaków” przeszły już chyba do legend. Pamiętając mój wczesno-grudniowy wynik z „Nowej” obecny rezultat trzeba uznać, za co najwyżej średni.

 

Zawsze wypuszczajmy to co uda się złowić. Obojętnie czy ryby są małe czy duże.

Wędka jednak ochrzczona, a ja spędziłem kilkadziesiąt minut nad wodą. Do tego trochę płotek udało się wyjąć, co na obecny czas i panujące warunki pogodowe zawsze cieszy. Niebawem nowy rok i zaczniemy wszystko od nowa. 🙂

Tekst i foto : Marcin Cieślak, foto: Tomek Sikorski

 

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress