Zawody

OKONIE NA SPONTANIE

Końcówka listopada przyniosła sowite mrozy w nocy a za dnia temperaturę bliską zera lub sięgająca zaledwie góra dwóch, trzech stopni. Kiedy zadzwonił do mnie Daniel z pomysłem wyprawy na okonie, podchodziłem do tego pomysłu bardzo sceptycznie. Jezioro, które miało być okoniową “bankówką” znajdowało się w drodze na mazury około dwie godziny jazdy od mojego domu. Nie dość, że nad wodę mieliśmy spory kawałek, to jeszcze nie mieliśmy zbyt wiele czasu na wędkowanie. Raz się jednak żyje. Pojechaliśmy! Na miejsce dotarliśmy koło ósmej. Wodowanie łódki i zbrojenie sprzętu poszło bardzo szybko i sprawnie. Dodam tylko, że na jeziorze nie można używać silników spalinowych.

 

Młynki wielkości 1000 i 2000.

Taktyka była prosta – zbroimy po dwie wędki. Po jednej do główek, a drugie kije do bocznego troka. Obraliśmy cztery miejscówki, którym poświęcamy maksymalnie godzinę, następnie sumujemy wyniki i wracamy do domu. Zbiornika nie znałem zupełnie, ale szybko dało się wyczuć, że na dnie zalega mnóstwo obumierającej roślinności. Znalezienie pasa czystej wody graniczyło z cudem. Pierwsza miejscówka w pobliżu trzcinowiska okazała się pusta. Jeszcze na początku jesieni Daniel łowił tu przyzwoite okonie. Druga znajdowała się kilkadziesiąt metrów dalej i była znacznie odsunięta od pasa trzcin. Tu było zdecydowanie głębiej. Już w pierwszym rzucie łowię sporego 28 centymetrowego pasiaka. W następnych rzutach wyjmuję trzy kolejne ryby. Okonie wrzucamy do siatki, aby nie odprowadzały stadka. Wszystkie garbusy kuszą się na mały zielonobrązowy twsiterek na zestawie z lekką 8 gramową oliwką na troku.

Rzut oka na miejsce numer 1

i numer dwa. Jak widać aura nie rozpieszczała.

Jako, że spinninguję niezmiernie rzadko, takie ryby sprawiają mi olbrzymią radość.

Po chwilowych braniach następuje cisza. Daniel od początku stawia na lekkie główki i mimo dużej ilości roślinności szuka pasa, choć minimalnie czystej wody. W końcu i on ma branie. Ryba jest zdecydowanie większa a charakterystyczne podwójne tąpnięcia na szczytówce wskazują, że na końcu zestawu wisi szczupak. Sprawny hol i 52 centymetrowy rozbójnik ląduje w łódce. Tę rybę wypuszczamy natychmiast.

Jest większa zdobycz…

Szczupły już w łodzi.

Ustalamy, że w tym miejscu zostajemy jeszcze dwa kwadranse, ale niestety jesteśmy już bez brań. Kolejne miejscówki znajdują się w pobliżu jeziorowych pomostów w dołkach o głębokości trzech metrów. Tutaj jest czysto, ale dno jest wyraźnie miękkie, muliste, dlatego nie notujemy nawet dotknięcia. Szybko obławiamy też ostatnie wytypowane miejsce i podejmujemy decyzję, że ostatnie pół godziny łowienia spędzimy w miejscu, gdzie udało nam się wyjąć jakieś ryby. Tu brań początkowo jednak również nie ma. Na nic moje próby ze zmianą kolorów twisterków i innych okoniowych cudeniek. Ryby nie reagują na fiolety i pewniaki motor-oil. Wracam do zgniłego, zielonego twistera na troku i woda znowu ożywa. Doławiam dwa okonie w tym jednego równe 25 cm. Tym akcentem kończymy wędkowanie, szczególnie, że lodowate i wilgotne powietrze daję mocno się we znaki. Daniel wraca ze szczupakiem na koncie a ja sześcioma garbuskami. Jak na tak szybki i spontaniczny wypad obaj jesteśmy zadowoleni. Ryby po sesji wróciły oczywiście do siebie.

To zdjęcie najlepiej odda obraz jaka przynęta była w tym dniu skuteczna.

Ta ryba co widać po zdjęciu sporo już przeszła.

Ostatnia fota i ryby wrócą do siebie.

Tekst i foto: Marcin Cieślak

 

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress