Zawody

Z FEEDEREM W POTOP

Łowienie feederem podczas przybierania rzeki w zastraszającym tempie jest niezwykle wymagające. Bywałem już nad brzegami rzek przy wysokich jej stanach w sezonie letnim. Wtedy wystarczyło obławiać rynny nieco bliżej niż zwykle, lub polować w odnogach ze spowolnieniami wody, ale przy tak olbrzymiej, niemal powodziowej wodzie jeszcze nie łowiłem. W uciągu, gdzie nie zatrzyma się nawet 200 gramowy ciężarek, żadna ryba nie będzie przebywać i tracić energii. Aby w ogóle liczyć na jakąś rybę, albo chociażby branie postawiłem na strefę blisko zalanej ostrogi. Przy niżówce woda tu niemal stoi. Podczas “potopu” powinno coś tutaj pływać.

Tę łajbę przywiązano do drzewa, kiedy można było jeszcze wejść na ostrogę.

W basenie przed ostrogą, warunki nadal zimowe. Lód jednak już mało bezpieczny.

Nad wodą zjawiłem się wcześnie rano. Szybko rozrobiłem zanętę i zacząłem wędkowanie. Jako, że na takie wypady nie zabieram dużej ilości sprzętu, przygotowanie stanowiska trwało dosłownie chwilę. Lekki fotel, feeder arm, dwie wędki, wiaderko i podbierak, tak wyglądał cały mój ekwipunek. Wziąłem ze sobą także termos gorącej herbaty. Jeśli chodzi o zanętę, tym razem postawiłem na minimalizm. Zanętę feederową od Meusa wymieszałem z ziemią i około 250 ml mrożonego dżokersa. Mieszanki nie melasowałem i nie dawałem do niej pieczywka fluo. W końcu to jeszcze luty, a woda nie złapała na pewno odpowiedniej temperatury na stosowanie takich frykasów.

Dziś stawiam na zanętę feederową od Meusa.

Zanęta przyciemniona ziemią z dżokersem. Delikatna słodkawa nuta i bezpieczny kolor. Mój wariant na rzeczny, zimowy potop.

Kanapka z ochotki i pinki.

Tym razem zestawy położę ciut dalej.

Jest ryba!

Przebieg wędkowania był dość monotonny. Dosłownie co dziesięć, maksymalnie piętnaście minut musiałem zwijać zestawy, ponieważ woda nanosiła na żyłkę trawy. Niestety trawa czepiała się także haka. Żadna ryba nie skusi się przecież na tak przystrojone robaki, dlatego musiałem często pracować kijami. W tym dniu miałem tylko trzy brania. Patrząc na aurę i poziom wody w Wiśle to i tak sukces. Pierwszy w podbieraku zameldował się leszcz. Drugi był jazgarz, a trzecie branie spudłowałem. Mimo to, dzień należy uznać za udany. Jak to mówią ręka rybą śmierdzi.

W taki dzień nawet jazgarz mnie ucieszył.

Wodom cześć.

Tekst i foto: Marcin Cieślak

 

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress