Zawody

ZŁOTA JESIEŃ NAD WISŁĄ

       Ostatnie jesienne ocieplenie dosłownie wygoniło całe rzesze wędkarzy nad wodę. Trudno nie ulec pokusie i nie sprawdzić co w wodzie piszczy kiedy za oknem grubo ponad 20 kresek. Sam też wpadłem w te pogodowe sidła i postanowiłem odwiedzić wiślaną opaskę. Ostatnie łowienie wypadło tu całkiem sympatycznie, ponieważ udało mi się złowić kilka leszczy i inny rzeczny białoryb. Wieść niosła o dobrym żerowaniu leszczy, które ewidentnie przygotowują się do zimy i gromadzą tłuszczyk jedząc w najlepsze. Musiałem to sprawdzić…

Wiślana opaska.

Kompanem mojej, wędkarskiej przygody był “teamowy” kolega Piotrek, z którym zawsze wędkuję w tym miejscu. Piotrek postawił na tyczkę, a moim orężem podobnie jak poprzednio miały być feedery. O łowieniu i wynikach Piotrka przeczytacie w drugiej części relacji. W tej postaram się dokładnie opisać moje łowienie.

Zanęta feeder ma intensywny, landrynkowy zapach.

Zanęty jakie trafiły do moich kotłów to słodkie, landrynkowe spożywki od Marlina. Do tego dodatki w postaci biszkoptu, pieczywka fluo. Zapach zanęty złamałem typowym atraktorem brasem od Carpio. Chciałem, aby typowa leszczowa nuta była jednak wyczuwalna. Mieszankę nawilżyłem rozcieńczoną melasą i dodałem sporą ilość topionego robaka. Rzeczne ryby muszą mieć odpowiedni zapas mięska, inaczej nie zostaną na długo w polu nęcenia. Plan na leszcze był prosty. Musiało być słodko i “mięsnie”.

 

Biszkopt i pieczywko  zaraz trafią do kotła.

Melasa i topione robaki, czyli rzeczny zestaw obowiązkowy.

Dwie wędki uzbroiłem dosyć podobnie, ale z różną długością przyponów. Budowa zestawu była banalnie prosta. Na żyłce biegał luźny adapter, zakończony krętlikiem, lub łącznikiem szybkiej wymiany, do którego przymocowany był przypon od 80 do nawet metra i dwudziestu centymetrów. Tym razem wystartowałem z 70-tką i metrówką. Haczyki jakich użyłem to mustady numer 12 i winnerowskie F X2 numer 12 dedykowane do łowienia w dużych uciągach.

Ten leszczyk skusił się po dwóch minutach.

Kolejny ranny leszczyk

Na pierwsze branie nie musiałem czekać długo. Złowienie pierwszego leszczyka zajęło mi dosłownie 2 minuty. Zapowiadało się więc obfite łowienie. Przez pierwsze kilkanaście minut do siatki trafiły jeszcze dwa krąpie i płoć. Oprócz tego kilka małych cert ujawniło swoją obecność w  łowisku, meldując się co i rusz na końcu zestawu. Certy były jednak bardzo małe. To dość dziwne bo odkąd sięgam pamięcią, łowiłem w tym miejscu certy głównie tych pokaźnych rozmiarów. Im słonko wschodziło wyżej brania zaczynały słabnąć. Świecące słońce w pewnym momencie wygniło ryby z łowiska. Przez okrągłą godzinkę siedziałem bez najmniejszego brania. Na dodatek spiąłem przy nogach przyzwoitego leszcza.

 

Praca , praca i jeszcze raz praca…

“Pan kropek” to efekt ciągłego nęcenia łowiska.

W tym miejscu certy są częstym przyłowem.

Potem jednak znów odczarowałem wodę, bo brania zaczęły się od nowa. Jak głosi przysłowie machaj wędą ryby będą. Godzinę w której brań nie miałem, przepracowałem intensywnie wędkami, cały czas posyłając zanętę w łowisko. Nie ma sensu gapić się w szczytówki skoro koszyk jest na pewno już pusty. Często widzę wędkarzy, którzy cierpliwe czekają na rybę, przerzucając swojej zestawy co dwadzieścia minut albo nawet pół godziny. Dla mnie zupełnie mija się to z celem. Praca opłaciła się bo krąpie i leszcze wróciły w łowisko. Przyłowem była też wymiarowa certa oraz kilka przyzwoitych płoci. Wyniki widać na zdjęciu.

Rybki zaraz wrócą do siebie.

To było trudne i przede wszystkim wymagające łowienie. Takie są uroki złotej jesieni. Korzystajcie z pogody i pędźcie nad wodę, prawdziwe brania dopiero przed nami.

Do następnego…

Tekst i foto: Marcin Cieślak

Foto: Piotr Leleniak

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress