Zawody

SPŁAWIK Z WIŚLANEJ RYNNY

Ostatnie narwiańskie łowy pozostawiły u mnie pewien niedosyt. Narew mimo, że piękna i malownicza jest zwyczajnie mniej rybna niż Wisła, bynajmniej w mojej okolicy. Dlatego tym razem skierowałem swoje oczy w kierunku królowej polskich rzek. Mimo tego, że obecnie nad wodą panuje niżówka i ciężko znaleźć grunt oscylujący w granicy metra, miejsce które miałem upatrzone o tej porze i przy tak niskiej wodzie powinno obdarzyć rybami. Była to rynna biegnąca wzdłuż opaski przy linii brzegowej. Nurt w tym miejscu był minimalnie wyczuwalny w granicy grama do dwóch na pełnej długości tyczki. Przy brzegu natomiast płynie cofka, która zawija i bije mocniej w kierunku brzegu. Trudne to łowienie, ale przy tak niskiej wodzie na warszawskiej Wiśle kluczowym czynnikiem wyboru miejsca była odpowiednia ilość wody nad głową ryb, a nie siła nurtu i natlenienie wody. A głębokość w rynnie była słuszna. O tym jednak za chwilę…

Wisła przy niżówce

Do łowienia w rynnie użyłem tylko jednej paczki ciężkiej gliny rzecznej a resztę glin stanowiły argille. Wiedziałem, że nie ma co przesadzać z ciężkim towarem i lepiej zastąpić go spożywką. Do łowienia użyłem 3 paczek zanęty. Dwa marlinowskie leszcze brasem wsypałem do kotła i wymieszałem z piernikową spożywką od Carpio. Nastawiałem się na bonusowe leszcze dlatego nie żałowałem mięsa. 250 ml robaków topionych w zalewie, oraz takie dodatki jak pieczywko fluo i płatki leszczowe dopaliły moją zanętę. Dodatkowo chciałem spotęgować zapach, dlatego dołożyłem jeszcze atraktora brasem. Całość mieszanki nawilżyłem wodą z rozcieńczoną melasą.

leszcz brasem…

oraz piernikowa zanęta od Carpio za moment trafią do kotła

 

pieczywko fluo, płatki leszczowe, atraktor oraz mięsna wkładka czyli topione, białe robaki.

Opisując moje wędkowanie zaznaczę, że w miejscu tym byłem pierwszy raz a na przybycie tutaj skusił mnie idealny dojazd nad samą wodę. Kto łowił tyczką wie ile klamotów dźwiga się nad wodę, a na jakieś piesze wędrówki lub wspinaczkę przez wał z całym bagażem zwyczajnie nie miałem ochoty. Oczywiście dodam tylko, że aż tak małego nurtu w ogóle się nie spodziewałem dlatego w ogóle nie byłem przygotowany na takie jak się okazało kanałowe łowienie. Bombka w granicy 1,5 grama byłaby optymalna, ale najlżejszy zestaw jaki zabrałem nad wodę stanowiły 2 i 3 gramowe lizaki. Niewiele myśląc rozłożyłem zestawy na topy. Gruntowanie na jedenastym metrze, wskazało głębokość w granicy 3 metrów. Grunt jak na panujące niżowe warunki był bardzo duży. Żabka, którą gruntowałem nie zaczepiała o nic, dno wydawało się czyste, dodatkowo z prawej strony miałem duży kamień, który miał trzymał zanętę. Jakież było moje zdziwienie kiedy po wrzuceniu towaru, w łowisku pod wodą zaparkowały jakieś zawady. Nie wiem czy to napływające krzaki czy coś innego, ale dosłownie po pierwszym przepuszczeniu spławika zaczepiłem w łowisku zestawem. Szybko wyczyściłem się z przyponów,  na dodatek niefortunnie zerwałem pierwszy a potem drugi zestaw. Czasem tak bywa, że zestaw zaczepi się wyżej nad oliwką o podwodne dno. Wtedy pozostaje już tylko gimnastyka i przeciąganie liny. Strzeli na pewno żyłka lub amortyzator.

W tym momencie jeszcze nie przypuszczałem, że zaraz zacznę rwanie…

Rzut oka na wiślaną rynnę.

krąpas już całkiem przyjemy.

Poddawać się jednak nie zamierzałem. Zestawy jeszcze raz powędrowały na topy. Zrobiłem je od początku nie śpiesząc się. Wyważyłem je nad samą wodą. Tym razem wyciągnąłem z pokrowca dodatkowe elementy i wyjechałem na metr 13. Tam woda wahała się w granicy 3,3 metra! Mega głębia! W łowisko wrzuciłem kilka kul i wreszcie zacząłem łowić ryby. Najpierw do stołu przypłynęły płocie i krąpie. Potem łowisko odwiedziły małe leszczyki. W międzyczasie w łowisku pojawiły się też większe sztuki, certy, leszcze i grubsze krąpie. Rzeka nie wybacza błędów, gdybym został na 11 metrze pewnie nic bym nie złowił. Uparcie jednak walczyłem o ryby do końca. Nie poddawałem się, co jak widać po połowie opłaciło się.

jest lepsza rybka

pierwszy leszczyk

Takie ryby mogę łowić cały czas.

Mój wynik

 

 

Ryby obiecały czekać na mnie następnym razem.

Wodom cześć.

Tekst i foto: Marcin Cieślak

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress