Zawody

TRENING Z KLASYKIEM NA WODZIE NO KILL

       Kolejne stracie z pickerem w dłoni przypadło w przechodzący front atmosferyczny. O dziwo mimo siąpiącego deszczu, wiatru i ogólnego zimna nad wodą spotkać można było kilku najwytrwalszych wędkarzy. Pogoda z resztą niemal przez całe wędkowanie bardzo lawirowała. Mały deszcz zmieniał się w ulewę, aby za chwilę widać było rozpogodzenie ze świecącym słoneczkiem włącznie. Wiatr również słabł i wzmagał się na przemian, aby pod koniec mojego wędkowania dmuchać już w najlepsze.

Waniliowa zanęta dedykowana do feedera oraz ciemny biszkopt zaraz trafi do wiadra.

Mieszankę przygotował jeszcze przed świtem.

Na łowisku zjawiłem się rano. Przypomnę tylko, że na błońskim, flagowym zbiorniku obowiązuje całkowity zakaz zabierania ryb. Na spokojnie chciałem przygotować i wymieszać zanętę. Waniliową spożywkę specjal series od firmy Carpio dopaliłem ciemnym biszkoptem od Marlina. Zanętę nawilżyłem i dałem jej “wypić” wodę. Następnie “towar” trafił na sito a potem do mieszanki glin argilli i ziemi bełchatowskiej. Poprzednim razem sprawdził mi się wariant dwa do jednego na korzyść glin, więc postanowiłem nie kombinować i zastosować taki sam scenariusz.

Koszyk do wstępnego nęcenia już nabity.

Wstępne nęcenie przebiegło szybko i sprawnie. Tym razem aż 14 koszyczków powędrowało na około 20 metr. Ze względu na silne podmuchy chciałem zachować pełną kontrolę nad zestawem. Błońskie ryby mają to do siebie, że nie koniecznie biorą na dalekim dystansie, dlatego wiedziałem, że jeśli dokładnie zanęcę łowisko, ryby na pewno zjawią się blisko.

Czas zbombardować łowisko.

Wiedziałem, że w taką pogodę ryby nie będą aż tak chętne do współpracy. Rano większe ryby znęcały się mozolnie. W łowisku zaroiło się od maluteńkich leszczyków i płoteczek, góra do 50 gram. Takie ryby chciałem oczywiście zupełnie wyeliminować, dlatego na hak szybko trafił większy kaliber przynęt. Grube białe i kukurydza a także czerwone robaki miały być receptą na wszędobylską drobnicę. Linki i złote karasie stanowiły moje pierwsze przyłowy. Po kilku wyjętych rybach drobnica nie dała za wygraną i znów pojawiła się w łowisku. Dopiero kolejne donęcanie zanętą z dużą ilością robactwa sprowadziło w łowisko większe egzemplarze. Płocie, które łakomiły się na kukurydzę były już całkiem przyzwoite. Reszta ryb, która trafiła na brzeg to złote karasie i lin.

Czekamy na pierwsze przygięcie.

Ten linek przeszedł na prawdę sporo. Z taką rybą należy obchodzić się nadzwyczaj delikatnie.

Mały ale złoty…

Dobra dwudziecha.

Płocie też są piękne.

Wszystkie ryby musiały być bardzo wypracowane. Każde branie trzeba było wyczekać z dłonią na rękojeści, ponieważ ryby brały błyskawicznie, a spóźnienie z zacięciem powodowało, że haczyk świecił pustką. Kilka brań było również mega anemicznych, co przy tak wietrznych warunkach ćwiczyło mój refleks. Przyznam szczerze, że takie łowienie w pełnym skupieniu i  co najważniejsze w tak trudną pogodę bardzo mnie wymęczyło. Efekt moich połowów widać na fotkach.

Ryba dnia.

Do następnego.

Tekst i foto: Marcin Cieślak

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress