TRENUJEMY KLASYKA, CZYLI POLOWANIE NA SZYBKIE LESZCZE

           Po wypadzie z method feederem, postanowiłem powrócić na przysłowiowe, stare śmieci. Do pokrowca wrzuciłem wędki do klasyka i pognałem na pobliski zalew. Mam tu stosunkowo blisko. Pewnie gdybym miał cały dzień na wędkowanie, pojechałbym nad kanał, który teraz zaczyna tętnić życiem i przynosi szczęśliwym łowcom coraz więcej leszczy i płoci. Nad wodą zjawiłem się koło ósmej. Potem herbatka i śniadanie. Łowienie zacząłem przed godziną 10-tą. Wiem, że dla niektórych to pora raczej powrotu do domu, niż zaczynania wędkarskiej przygody, ale jakoś czułem w kościach, że mimo wszystko poradzę sobie. Poprzedni wypad nad tą wodę zaliczyłem jeszcze o świcie a ryby “wkręciły” się w łowisko i tak koło śniadania. Co ma być to będzie pomyślałem…

Ostatnie poprawki przed łowieniem.

Pogoda w dniu mojego wędkowania była koszmarna. Mimo, że z nieba nie spadła nawet jedna kropla deszczu, wiatr uprzykrzał mi całe łowienie i szybko sprawdził przepuszczalność mojej odzieży. Tu ratunkiem okazała się gorąca herbata, która w takich warunkach smakuje wyśmienicie. To właśnie dlatego w moim ekwipunku zawsze znajduje się  dobry termos.

 

Zanęty na dziś.

Do wiader trafiła zanęta black fish od Carpio, która oprócz drobnej frakcji, świetnie klei i pachnie copra-melasą. To bezpieczny wariant, o tej porze roku. Miałem też zanętę piernikową tego samego producenta, którą zubożyłem ziemią. Można rzec, że zabrałem ze sobą uniwersalne leszczowe smaki. Podstawą pola nęcenia był dywan z ziemi i  dżokersa. Pewnie nie odkryje ameryki, ale na niektórych łowiskach w ogóle nie robi rybom różnicy czy stosujemy mrożonki czy nie. Znam takich, którzy po zawodach lub skończonym wędkowaniu wszystko ładują do wody. Warto mrozić gliny i ziemie z robakami. Na takie, szybkie wędkowanie będą jak znalazł.

 

Black fish od Carpio pachnie copra -melasą

Na wstępne nęcenie podałem około 10 koszyków z miksem ziemi, robactwa i zanęt. Pierwsze branie było natychmiastowe, ale na końcu zestawu zawisł tylko malutki okoń. Kolejne brania przyniosły nieduże jazie, które na dobre zadomowiły się w zbiorniku. Leszczy jak nie było tak nie było. Na pierwszego musiałem odrobinę poczekać, ale się doczekałem.

 

Jest  pierwszy leszczyk

Łowienie było specyficzne. Ryby brały niemal atomowo, z potężnymi przygięciami szczytówki, ale zapięte były dosłownie za skórkę. Efektem tego było kilka pustych brań i dwie spięte ryby. Technicznie nie byłem zadowolony z łowienia. Ponowna regulacja hamulca, kombinacje z przyponami czy wielkością haka nie przyniosły zamierzonego efektu. Musiałem pogodzić się z tym co zafundowały mi ryby. Śmiało stwierdzę, że dziś to one były górą.

 

Takim mięskiem w koszyczku nie pogardzi żaden leszcz.

Karaś srebrzysty to miły wiosenny przyłów.

Ryba dnia.

 

Mój wynik.

Ważne jednak, że wnioski wyciągnięte i oczywiście dzień spędzony nad wodą. Wkrótce kolejna dawka przygód. Zapewniam z tego miejsca, że będzie co czytać.

Wodom cześć.

Tekst i foto: Marcin Cieślak

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress