PICKER NA CZUJA.

       Pierwszy marca przywitał mnie rannym przymrozkiem. Zazwyczaj o tej porze poluje już na wczesnowiosenne płoteczki, ale tym razem moim celem miały być leszczyki łowione pickerem na płytkiej wodzie. Pobliski zalew to kapryśne i specyficzne łowisko, które czasem potrafi obdarzyć rybami a czasami ryby przepadają na dobre. Wtedy to o muśnięciu szczytówki czy choćby przytopieniu antenki spławika o milimetr można tylko pomarzyć. Mimo ciężkich warunków uparłem się jednak, że w tym dniu “odbębnie” trening z drgającą szczytówką.

Leszczowa zanęta oraz atraktor ochotkowy to wariant na dalszą część wędkowania.

 

Nad wodą zjawiłem się o świcie. Na spokojnie, nie śpiesząc się rozłożyłem kombajn i przygotowałem stanowisko, a także rozrobiłem mieszankę zanętową. W tak trudnych warunkach nie chciałem eksperymentować jeśli chodzi o smaki. Do wiader trafiła mieszanka ziemi i glin oraz 250 ml dżokersa, który miał mi posłużyć jako zapas na wypadek jakby ryby jednak “żarły”. Do drugiego wiadra trafiła zanęta leszczowa, którą dopaliłem atraktorem ochotkowym i zubożyłem odrobinę ziemią, ale tylko po to aby zwiększyć jej objętość. Zanętę chciałem mieć na tak zwane przełamanie, jeśli okazałoby się, że ryby niechętnie reagują na podawane robactwo. Wtedy bardziej ryzykownie podałbym im nie stonowaną, a silnie pachnącą, ochotką zanętę.

Zestaw glin na dzisiejsze łowy.

Dżokers i ochotka, to podstawa na tutejsze ryby.

Dwie mieszanki na dziś.

Z uwagi na mróz użyłem wędki z zestawem na żyłce uzbrojonym w najcieńszą szczytówkę 0,25 oz. Jak się z resztą okazało mrozek był na tyle silny, że dosłownie co rzut należało czyścić przelotki, na których gromadziły się sople lodu.

Rzut oka na moje stanowisko.

Przyjmując to co ostatnio meldowali mi koledzy, wiedziałem, że leszczyki jeszcze nie żerują a i z regularnym odławianiem płotki są problemy, dlatego zupełnie zrezygnowałem z nęcenia wstępnego. Odległość zaklipsowałem na równym 30 metrze i na ten dystans regularnie podawałem towar znajdujący się w koszyczku. Przyjąłem zasadę, że rano czekam na branie góra 5 minut.  Jeśli nie ma brań, zwijam, nabijam koszyk i znowu podaję towar w pole łowienia. Operację powtarzałem przez dobre 30 minut zanim w łowisku zameldowały się ryby. Niestety gośćmi okazały się małe jazie, które jeszcze niedawno w zalewie były co najwyżej przypadkowe. Teraz śmiem twierdzić, że w niektórych stanowiskach jest ich zatrzęsienie. Między małymi jaziami udało mi się odłowić jeszcze kilka płotek. Leszczyków jednak jak nie było tak nie było. Wtedy przyszedł czas na zanętę i bogatą wersję zapachową przygotowaną na ten dzień. Postanowiłem również odchudzić grubość przyponu do 0,09 oraz zmniejszyć haczyk na drannanowską osiemnastkę. Operację z nęceniem powtarzałem, ale tym razem donęcałem spożywką łowisko co 15 minut.

Pierwszy leszczyk.

Pierwsze branie to typowy leszczowy strzał. Jednorazowe przygięcie szczytówki i cisza. Na szczęście znam zachowania tutejszych leszczy , które często podnoszą przynętę z dna i leniwie stoją w miejscu w ogóle nie dając sygnalizacji na wędce. Zacięcie w ciemno i przyjemny, pulsacyjny opór uświadomił mi, że na końcu zestawu jest pierwszy “bremesik”. Kilka brań było jednak nie do zacięcia. Ryby zbyt szybko wypluwały ochotkę. Wróciły też oczywiście małe jaziki. Na typowego czuja udało mi się złowić trzy leszczyki i dodatkowo kilka mniejszych ryb.

Ryby złowione na tak zwanego czuja.

Łowienie zakończyłem dokładnie w południe. Wynik na pewno nie powala na kolana, ale w takich warunkach zrobiłem wszystko co było możliwe, aby coś z wody wyłuskać. Tłuste dni zalewu na pewno jeszcze wrócą gdy zrobi się odrobinę cieplej. Wtedy znów zawitam nad wodą zapolować na tutejsze ryby.

Do zobaczenia następnym razem.

Tekst i foto:

Marcin Cieślak

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress