MIEJSKI FEEDER Z MIKRO OSTROGI.

        W tym roku olbrzymią część w moim wędkarskim kalendarzu zajmuje rzeczne feederowanie. Rzeka jest po prostu nieprzewidywalna. To chyba najważniejszy czynnik, który przyciąga mnie nad pobliskie opaski, ostrogi i brzegi wiślanych i narwiańskich przybrzeżnych rynien. Trzeba też powiedzieć wprost, łowienie na feeder nie wymaga noszenia aż tak dużej ilości sprzętu. Dwa lekkie kije, kosz do siedzenia i parę dodatkowych klamotów w zupełności wystarcza na każdą rzeczną eskapadę z drgającą. Bardziej wygodni kosz mogą zastąpić fotelem. Co innego kiedy łowimy tyczką, wtedy miejscówka musi zapewnić dojazd niemal nad samą wodę. Łowienie zestawem skróconym wymaga zazwyczaj noszenia podwójnej ilości sprzętu.

Piękny świt.

Jadąc w nieznane a tak należy uznać miejsce naszej kolejnej wyprawy nie chcieliśmy ryzykować. Ku naszemu zdziwieniu nawigacja doprowadziła nas kilkanaście metrów od wody. To pozytywne zaskoczenie, bo miejsce będzie można także wkrótce obłowić tyczką. W tym dniu towarzyszył mi Piotrek, z którym bardzo często łowię nad dużą rzeką. Jako, że nasze łowienie różniło się od siebie, tekst postanowiłem podzielić na dwie części. W pierwszej przedstawię pokrótce jak wyglądało polowanie Piotrka. W drugiej części przyjrzymy się mojemu wędkowaniu.

Rzut oka na mini główkę.

Piotrek usiadł na szczycie mini główki. Miejsce było dość wartkie, nurt błyskawicznie wymywał koszyki, ale w pobliżu znajdował się kawałek spokojnej wody, co było spowodowane zamykającą, kolejną małą ostrogą leżącą poniżej stanowiska mojego kompana. Miejsce wymarzone wręcz do feederowania, ale bardzo trudne technicznie ze względu na nanoszone ciągle podwodne zaczepy i konary drzew. Mój kolega wybrał lekkie koszyczki wielkości około 30 gram, dlatego zbyt niechlujne zarzucenie zestawu powodowało natychmiastowy zaczep. Zestaw, który zaparkował w podwodnych korzeniach był już nie do uratowania. Piotrek wygruntował i zaklipsował jednak taką odległość, że nawet podczas pomyłki i złego podania zestawu, zerwany został tylko o przypon. Przypominało to takie łowienie na styk z zaczepami.

 

Zanęty Meus na dzisiejsze wędkowanie

Mieszanka jaka trafiła do kotła mojego kompana to miks zanęt od Meusa. Feeder, rzeka i leszcz. Ta mieszanka bogata w pieczywko fluo i micropellet zostało odpowiednio nawilżona płynną, rozcieńczoną melasą. Do zanęty powędrowało jeszcze pieczywko i białe, topione robaki oraz część żywej pinki.

Pierwszy leszcz.

Ryby od razu ustawiły się polu nęcenia, a szybko wymywająca się mieszanka momentalnie zwabiła ryby w łowisko. Pierwsze dwa brania typowo leszczowe, uświadomiły nas, że czeka nas w tym dniu “grube” łowienie. Potem do stołu przypłynął sympatyczny kleń, który posmakował w czterech białych robakach. Po kilku kwadransach do stale nęconej stołówki przypłynęły certy. Piękne i atomowe brania. Co ważne ryby były dość spore, a największa vimba miała ponad 35 centymetrów. Certowy koncert trwał w najlepsze. Oczywiście przyłowami były też tłuste wiślane krąpasy które nie marnują takich okazji.

Klenik.

Wiślany rozbójnik.

To był sympatyczny dzień. Piotrek mimo urwanych kilku przyponów dzień na pewno zaliczy do udanych. Było też kilka spinek co pozostawiło pewien mały niedosyt. Tak czy siak nie ma co narzekać. W godzinach obiadowych przyszedł czas na sesję zdjęciową i wypuszczanie swoich zdobyczy.

Jeszcze jeden średni leszczyk.

Efekt uczciwego feederowania.

 

Rybki wracają do siebie.

Tekst i foto: Marcin Cieślak

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress