NARWIAŃSKI FEEDER W STRUGACH DESZCZU.

                Narew w okolicy Czarnowa to bardzo lubiane przez wędkarzy miejsce. Dogodny dojazd i spora ilość miejscówek sprawia, że nawet jeśli na dworze pogoda “pod psem”, miłośników lekkiej lub ciężkiej gruntówki nie brakuje. Nie inaczej było i tym razem. Razem z kompanem moich rzecznych przygód Piotrkiem ruszyliśmy w kierunku rzeki jeszcze w środku nocy. Liczyliśmy, ze przechodzący zimny i deszczowy front wygoni znad wody tych mniej wytrwałych. Mylne to jednak przypuszczenia, bo po dotarciu nad wodę zobaczyliśmy wędkarzy łowiących w nocy, namioty oraz wędki tych, którzy ulewę postanowili przespać w autach. Tak czy siak musieliśmy szybko znaleźć jakieś miejsce i zacząć mieszać zanętę oraz rozkładać “graty” zanim deszcz rozkręci się na dobre. Na szczęście ostatnie stanowiska były wolne. Przyszedł czas na szybki łyk kawy oraz rozrabianie zanęty, aby ta na spokojnie “doszła” przed łowieniem.

Piotrek postawił na zanęty leszczowe od firmy Marlin. Do kotła trafiła także glina tego samego producenta mająca dociążyć mieszankę i nieco ją zgasić, oraz 300 ml topionych w zalewie waniliowej, białych robaków. Swoją mieszankę kompan mojej wyprawy namoczył w rozcieńczonej melasie. Melasa to chyba rzeczny obowiązek, równie ważny co pieczywko fluo lub mięsna wkładka do zanęty. W tym przypadku użyliśmy melasy waniliowej, aby ta komponowała się z całą mieszanką.
Piotrek uzbroił swoje feedery w dwa różne zestawy. Pierwszy z lekkim, malutkim koszyczkiem miał służyć do odławiania drobnicy. Drugi zestaw z cięższym około 70 gramowym koszykiem miał być alternatywą na grubego zwierza. Budowa zestawów opierała się na rurce termokurczliwej i krętliku oraz luźnym adapterze. Żadnych rurek antysplątaniowych!

Argilla od Marlina w zupełności wystarczy.

Jeśli chodzi o moją mieszankę, postawiłem na zanęty od Stynki. Zawodniczą, waniliową bazę rozrobiłem z leszczowym, sprawdzonym towarem. Do tego obowiązkowo melasa i topione białe w ilości identycznej jak u mojego kompana. Zrezygnowałem natomiast z pieczywka fluo ponieważ towar od Stynki ma go w swoim składzie wystarczająco dużo. Moje zestawy zrobiłem na skrętkach z luźnym adapterem fruwającym po żyłce oraz koszykami wielkości 50 i 70 gram. Miało być prosto i skutecznie.

Baza zawodnicza i leszcz zawodniczy od Stynki.

Do zanęty dodaliśmy po 300 ml topionych robaków.

Od samego początku ryby brały bardzo dobrze. Okazów nie było, ale krąpiki i płotki co kilka chwil trafiały do naszych siatek. U mnie przewagę ryb stanowiły krąpie, u Piotrka jedna trzecia poławianych gatunków była z rodziny czerwonookich roachy. Po pewnym czasie Piotrek zameldował branie leszcza. Ryba w ten deszcz była nagrodą i dała nadzieję na kolejne “lepsze” sztuki. Dodam tylko, że leszcz wziął na 3 dendrobeny podane na delikatnym, luźno toczonym po dnie zestawie. Widzieliśmy spławy leszczy w naszym zasięgu, ale widzieć to jedno a łowić leszcze to drugie. Praktyka nie raz nam pokazała, że spławiające się ryby wcale nie muszą zaraz brać na nasze smakołyki.

Rzut oka na nasze stanowiska.

No i leje jak z cebra…W takich warunkach porządny parasol to rzecz niezbędna.

Pierwszy leszczyk na zestaw z lekkim koszykiem.

Srebrna nagroda za ranne wstawanie.

 

Lekki koszyk na rurce termokurczliwej, oraz używane w tym dniu adaptery.

Po kilku chwilach mój feeder przyniósł kolejnego bremesa. Tym razem ryba wybrała wariant z pęczkiem białych robaków. Kolejne ryby rozmiarami nie powalały, ale pod względem ilości nie było najgorzej. Co ważne ryby po prostu brały. Przyłowem był bardzo przyjemny krąp, okoń i kilka ładnych płoci. Resztę ryb stanowiła drobnica, która obskubywała nawet duży pęk czerwonych robaków.

Przyzwoity krąp wybrał opcję z pinkami fluo.

Amator białych robaków.

Około południa, korzystając z chwili deszczowej przerwy postanowiliśmy podsuszyć nieco nasz asortyment, zrobić brakujące zdjęcia do relacji i zwyczajnie zakończyć łowienie. Mimo tego, że cały czas wędkowaliśmy pod parasolami zdążyliśmy zmoknąć i przemoczyć przysłowiowe skarpetki.

Odmoczone palce jak po porządnej, kilkugodzinnej kąpieli. W tym dniu naprawdę deszcz nie miał litości. Paczka mocnych haków dla tego, kto powie co to za narybek?

To był bardzo udany dzień. Okazów nie było, ale w taką pogodę nie mogliśmy narzekać.

Wynik Piotrka..

..oraz moje rybcie. Za chwilę wszystko wróci do swojego domu.

Tekst i foto: Marcin Cieślak

Foto: Piotrek Leleniak

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress