OKONIE I LESZCZE Z KANAŁU ŻERAŃSKIEGO

              Kanał żerański o tej porze roku, wbrew pozorom nie jest łowiskiem łatwym. Nie bez znaczenia jest fakt, w które miejsce królewskiego zagościmy. Jeśli chodzi o Kobiałkę, zazwyczaj więcej ryb, łowi się na początku kanału oraz na drugim skraju wody, za tak zwanym “bananem”. Środek kanału zaś, na wysokości sektorów seniorskich, gdzie rozgrywany jest tak zwany “Okręg”, kryje w sobie trudne i mocno przełowione ryby. Właśnie tutaj postanowiliśmy z Tomkiem odbyć nasz wspólny trening.

Gruntowanie należy zrobić bardzo starannie.

Chyba obaj lubimy podnosić sobie poprzeczkę i sprawdzać się w trudnych, wędkarskich sytuacjach. Wiedzieliśmy też, że taki trening może nam się po prostu przydać. Obecnie tylko od czasu do czasu zaglądamy na to wspaniałe łowisko, dlatego każda nauka wyniesiona z tej wody jest dla nas cenna. Oczywiście nie mieliśmy “boków”, więc ryby mogliśmy skupić w naszych stanowiskach, ale wcale nie było to takie łatwe jakby się mogło wydawać. Szczegóły za moment….

O tej porze roku kanał Żerański to piękna i malownicza woda.

Ciekawe kiedy jakiś producent sprzętu wędkarskiego wpadnie na pomysł zareklamowania się na burcie tej łajby?!

Kilka słów o zanęcie.

Zarówno ja i mój redakcyjny kolega postanowiliśmy sprawdzić dwa rodzaje mieszanek. Ja chciałem wypróbować na tym, trudnym odcinku kanału zanętę leszczową i płociową firmy Marlin. Zanęty testowałem już wcześniej, ale na teoretycznie mniej wymagających łowiskach. Tomek postawił na lekką, średnio sklejoną glinę, opartą na Double Leamie, ziemi i glinie wiążącej od Gliny Natura. Do tego wpadła paczka markowej zanęty leszczowej. W pogotowiu czekał zapas kleju na wypadek, gdyby kanał zaczął płynąć.

 

Towar na dzisiejsze wędkowanie. Zanęty Marlin i gliny od Gliny Natura

Swoją mieszankę podzieliłem na dwie części. Do jednego kotła powędrowała Argille z Double leam’em oraz zanęta leszczowa. Do tego dosypałem mięsną okrasę w postaci 50 ml  pinki, oraz 100 ml dżokersa. Wszystko w całości położyłem na 13 metrze. Nie wiedziałem, jak ryby zareagują na donęcanie, a ze względu na ograniczoną ilość dżokersa nie chciałem “bawić się” w tradycyjne dywanowanie samą gliną. Drugą część stanowiła mieszanka płociowa wymieszana z Double leam’em i glinką Specjal. Całość, dopalona około 100 ml dżokersa powędrowała na 11 metr. Część zanęty dokleiłem bentonitem.

 

Mięsna wkładka uzupełniła zanętę leszczową.

Dwie mieszanki.

Tomek swoją zanętę okraszoną 250 ml dżokersa podał na metr trzynasty. Część kulek poleciała też na drugą stronę kanału pod odległościówkę, jako tak zwana wersja rezerwowa.

Łowienie.

Mimo, iż leszczy w kanale łowi się sporo, w środkowych odcinkach Kobiałki jest ich zdecydowanie mniej. Siedzący nieopodal nas tyczkarze nie złowili nawet jednej sztuki. U kolejnych wędkarzy ponoć było jeszcze gorzej. U nas na początku zapowiadało się podobnie. Pierwsze kilkanaście minut byliśmy bez brania. Potem jednak obaj złowiliśmy po “chlapaku”. Po dwóch trzech rybkach następowała cisza. W pewnym momencie w łowisku u mojego kolegi zaroiło się od zieloniutkich garbusków. Miały być leszcze a są okonie?!

 

Rzadko kiedy zdarza się, aby niemal cały swój wynik podczas kanałowych łowów budować okoniem. No ale jak wiadomo, jeśli się nie ma co się lubi to się lubi co się ma. Dopiero posypanie czystej spożywki, dosłownie na głowy ryb wypędziło “garby” z łowiska, a do stołu przyszły leszczyki. Grubszego zwierza jednak nie było. Donęcenie gliną z dżokersem ściągało okonie z powrotem. Jedno natomiast trzeba zaznaczyć, spore okonie są bardzo waleczne, a ich hole na cieniutkiej, pustej gumie to widok bardzo imponujący.

Ten okoń na pustym, cienkim wentylu walczył jak lew.

 

W tym dniu okonie polubiły Tomka.

 

Wynik zbudowany niemal samymi okoniami. Na kanale to raczej rzadkość.

W moim stanowisku w zanęcie płociowej trafiło się kilka roachy i jeden okoń. Nie były to jednak ryby, które chciały zatrzymać się tu na dłużej. Na trzynastym metrze natomiast, w glinie buszowały mniejsze leszczyki i ich średni bracia. Ryby musiały być jednak mocno wyczekane, wypracowane i “wyprowokowane”. Zgodnie stwierdziliśmy po łowieniu, że tylko ciągła praca zestawem przynosiła jakieś ryby. Czasem wystarczyło delikatnie przesunąć zestaw. Innej możliwości nie było. O braniach z opadu, czy w momencie wstawiania zestawu mogliśmy zapomnieć. Donęcanie z kubka utrzymywało leszczyki w łowisku. Efektem tego było kilka fajnych leszczy, które wyjechały na brzeg.

Średniaczek, a oko cieszy.

Kolejny leszcz pozuje przed obiektywem.

 

Ten leszcz jak się później okazało uciekł przed fotką końcową.

Najwięcej ryb złowiłem zestawem 2 gramowym z oliwką i haczykiem numer 18. Płocie natomiast odławiałem zestawem gramowym ze skupionym obciążeniem i haczykiem numer 20. Na przypony powędrowała żyłka Asso New Micron.

Musicie mi wybaczyć brak fotki końcowej, ale część moich zdobyczy dzięki kilku zbiegom okoliczności nie mogło pozować do zdjęcia. Do tego olbrzymi ukrop szybko pogarszał kondycję ryb. Darowaliśmy im zatem ostatnią sesję, a w relacji znajdziecie te ryby, które sfotografowaliśmy zaraz po złowieniu. To był dobry i przydatny trening. Wkrótce robimy powtórkę.

 

Słoneczko, co widać po minie potrafi mocno wymęczyć.

To tylko mała część moich zdobyczy. Reszta ryb już dawno uciekła…

Wodom cześć.

Tekst i foto: Marcin Cieślak

Foto: Tomek Sikorski

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress