LESZCZYKOWY TRENING Z KARPIOWYM AMOKIEM W TLE.

                 Nie ma chyba warunków atmosferycznych, które nie pojawiłyby się podczas mojego ostatniego treningu. Słońce, deszcz, silny, porywisty wiatr a przez moment nawet grad i burza. Z tym właśnie przyszło mi się mierzyć  w lipcowy, sobotni poranek. Celem miały być leszcze. Chciałem poćwiczyć “utrzymanie” ryb w łowisku i sprawdzić czy potwierdzą się moje przypuszczenia z ostatnich zawodów. Wtedy ryby doskonale reagowały na donęcanie spożywką, co na tej wodzie nie jest regułą.

Ołowiane chmury i wzmagający się wiatr. Za chwilę zacznie padać.

Tym razem postawiłem na prostotę składu mieszanki, bez zbędnych dopalaczy i atraktorów. Do moich wiader trafił kilogram Argile black oraz cztery kilogramy ziemi torfowej Górka. Do tego 250 ml dżokersa oraz odrobina pieczywka fluo. Stosowanie zabiegu z pieczywkiem w ziemi nigdy nie przeszkadzało rybom, a czasem wręcz poprawiało rezultaty. Część dżokersa postanowiłem dokleić na wypadek, gdyby do stołu przyszły bonusy.

Cztery kilogramy ziemi torfowej oraz kilogram gliny argile black firmy Górek stanowiły dżokersowy podkład.

 

Ze spożywką nie chciałem kombinować. Do wiadra wsypałem kilogram leszczowej, zawodniczej STYNKI, oraz szczyptę pinki. W tym dniu tak właśnie wyglądało moje zanętowe menu. Mieszankę dokładnie nawilżyłem oraz przetarłem przez sito.

 

Podczas wędkowania postawiłem na karmelową Stynkę.

 

Kule gotowe do “kubkowania”.

Zarówno kule z dżokersem i zanętę postanowiłem umieścić w łowisku za pomocą podajnika zanętowego. Na tej wodzie zbyt głośne podanie mieszanki już na wstępie zaprzepaszcza szansę na dobry, końcowy rezultat. Wolałem więc nie ryzykować, szczególnie, że  wybrałem miejsce, które do najgłębszych nie należy. Głębokość na jedenastym metrze mojej tyczki wynosiła około metra i sześćdziesięciu centymetrów.

Całą mieszankę podałem z podajnika.

Flagowa woda błońskiego koła ostatnimi czasy przeżywa leszczowy renesans. Płoci, co widać podczas każdych zawodów łowi się zdecydowanie mniej, a to właśnie bremesy stanowią kilogramy, które wpadają do zawodniczych siatek. Pierwsze wstawienie od razu przyniosło mi leszczyka. Z minuty na minutę ryby rozkręcały się i dość szybko wpadały na moje konto. Po trzydziestu minutach takiego, “koncertowego” łowienia łapię chwilę rozluźnienia i spóźniam jedno z gwałtownych brań. Potem następuje cisza. Widzę duże żery w łowisku, ale ryby w ogóle nie interesują się podawaną przeze mnie przynętą. Postanawiam przegruntować zestawy o dobre trzydzieści centymetrów. W końcu spławik majestatycznie wjeżdża pod wodę i już wiem, kto był sprawcą zamieszania. To małe karpiki zrobiły sobie dżokersową ucztę. Łowię je dobrą godzinę. Wszystkie w rozmiarach, którym daleko do tych, łowionych podczas ostatnich zasiadek z method feederem.

 

Małe karpiki brały na każdą serwowaną przeze mnie przynętę.

 

Kolejny “podwymiarowy” karpik.

Każde donęcanie kuleczką z “dżokiem” zachęca karpie do żerowania. Podanie zanęty dopuszcza na chwilę leszczyki, w tym jednego w granicach kilograma. Niestety karpiowy amok jest zbyt silny. Bite trzy godziny “męczę się” z małymi karpiami. Po kilkunastu kolejnych sztukach, no może sztuczkach postanawiam zakończyć wędkowanie.

Największy leszczyk.

Jeszcze tylko ostatnia pamiątkowa fotka i zwracam rybom wolność. Karpie bez względu na rozmiar od razu wędrowały do wody. Nie na nie tu przyjechałem i muszę przyznać, że dość mocno uprzykrzyły mi łowienie. Trochę leszczyków na szczęście udało się złowić, co jak na przechodzący front i “kroczkowy” amok nie było sztuką łatwą. Miałem poćwiczyć utrzymanie ryb w łowisku a okazało się, że muszę trenować wydłubywanie leszczyków spośród grasujących małych “piranii”.

Do następnego..

Tekst i foto: Marcin Cieślak

Foto: Piotr Cieślak

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress