W SAMO POŁUDNIE NAD NARWIĄ !

                          Na kolejne rzeczne starcie z reofilnymi rybami jechałem nastawiony bardzo optymistycznie. Co prawda moja przygoda miała rozpocząć się w momencie, kiedy inni już z wody schodzili, ale liczyłem że coś jeszcze uda mi się tego dnia złowić. Nad rzeką zameldowałem się około godziny 8.30, a więc późno. Zanim rozłożyłem zestawy i wymieszałem towar było już grubo po 10- tej. Na szczęście moje ulubione miejsce było wolne. Olbrzymim plusem jest możliwość parkowania auta tuż za plecami. Między innymi dlatego tak często tu zaglądam. Myślę, że Ci którzy czasem przemaszerują z siedziskiem na plecach 100 czy 200 metrów  zrozumieją mój wybór doskonale.

Niżówka nad Narwią odsłoniła łachy oraz dobitnie pokazała, niektóre z przykos. W  jednym z takich miejsc swojej szansy dopatrywali się spinningiści, którzy szukali boleni. Nie o boleniach będzie to jednak opowieść, a o “rzecznym pływaniu lizakami”.
Gruntowanie mojego miejsca wskazało ponad 2 metry wody. Ani na pełnej długości wędki, ani bliżej brzegu nie miałem żadnego dołka lub choćby podwodnego wypłycenia. Twardo i równo tak w skrócie można określić dno na jakim podałem zanętę. Plusem był zupełny brak zaczepów. Podczas takiego “wypoczynkowego” wędkowania najważniejszy jest przecież komfort łowienia.

Produkty firmy STYNKA, w tym roku wiodą prym.

Do moich wiader trafiły 3 kilogramy zanęty STYNKA oraz 10 kilogramów gliny tego samego producenta. Glinę dwukrotnie przesiałem i dowilżyłem. Całość skleiłem rzecznym klejem i dopaliłem pieczywkiem fluo. W mojej ocenie ten komponent zanętowy to niezastąpiony rzeczny dodatek. Zawsze kiedy mam możliwość dodania pieczywka robię to bez wahania. Część mojej mieszanki przełamałem karmelowym atraktorem.

Dysponując dużą ilością czasu glinę można przesiać i domoczyć nad wodą.

 

Mięsko, którego nigdy nie powinno zabraknąć stanowiło około 0,3 litra mrożonego białego robaka.

 

Leszczowa zanęta STYNKA była już przeze mnie testowana podczas wizyty Tomka Iwanowskiego

 

Na topach zawisły zestawy od 12 do 16 gram , które zawiązałem na żyłce Sportage firmy FIUME. W tym sezonie będziemy bliżej przyglądać się żyłkom tej firmy. Z czystym sumieniem mogę polecić także przyponówki Fiume Super Competition ponieważ podczas łowienia spisały się na medal. Wkrótce sprawdzimy też inne wyroby.

Na tych linkach zawiązałem swoje zestawy

Na wstępnie nęcenie podałem 12 kul. Wszystkie z ręki. Nieco bardziej doklejoną mieszankę zostawiłem na donęcanie. Potem przyszedł czas na łowienie. Postawiłem na pełną długość wędki w obawie o późną porę i chimeryczne ryby.

 

Niestety łowienie w samo południe nie pozostawiało złudzeń. Stało się jasne, że o ryby będzie po prostu bardzo trudno. Na początku oprócz kilku popularnych “babek” nie mogłem nic złowić. Po pół godzinie do stołu przyszły jednak pierwsze białe rybki. Krąpie i płocie- sztandarowe ryby Narwi.

 

 

W tym dniu postanowiłem dokonać też małego sprawdzianu  sztucznych przynęt firmy Winner.

Byłem ciekaw jak poradzą sobie popularne “Super Clone” na tym łowisku, a na dodatek w warunkach słabego żerowania ryb. Super Clone to nic innego jak idealne odzwierciedlenie rzeczywistości. To, że przynęty wyglądają  naturalnie było dla mnie oczywiste, ale dużym pozytywnym zaskoczeniem był także zapach. Otóż sztuczne imitacje białych robaków pachną identycznie jak żywe “bielasy”.

Klony firmy Winner. Jest w czym wybierać.

Podczas łowienia kapitalne okazały się ochotka, białe i kastery. Na początku myślałem, że przynęty te, najlepsze będą jako tak zwana “dostawka” do przynęt żywych. Nic bardziej mylnego! Zdjęcie poniżej obrazuje to doskonale. Sztuczna imitacja białego robaka była dla ryb nie do rozpoznania.

 

Winnerowski klon białego robaka w akcji.

Ale w tym dniu prawdziwą furorę robiły sztuczne kastery.

Klony “Casters” to w mojej ocenie prawdziwy wędkarski hit.

 

Sztuczne ochotki to skuteczna broń w okresach, kiedy naszym przeciwnikiem mają  być czujne płocie. Co prawda udało mi się złowić na nie również krąpie, ale wszystkie “roache” z tego dnia wybierały właśnie klony z serii “blodworm”. Winnerowski Super Clone to świetne rozwiązanie w okresach, kiedy mamy problemy ze zdobyciem danej przynęty oraz z jej przechowywaniem. Ochotki nie było w żadnym sklepie wędkarskim. Kastery też dziwnym trafem mi “wyszły”.  Po moim mini sprawdzianie nie zamierzam się już przejmować takim czarnym scenariuszem.

Super clone imitujący ochotkę.

 

Taką płocią nie pogardzi żaden amator rzecznego nurtu.

Efekt mojego południowego wypadu można zobaczyć poniżej. Bardzo chciałem pochwalić się także jakimiś okazami. Niestety poza jedną rybą, która wygrała ze mną walkę i spięła się z haka nie było w łowisku grubszego “zwierza” .  Ryba nie zostawiła kokonu śluzu więc typuje jazia. Wrócę po nią za jakiś czas…

Kilka leszczy trafili wędkarze łowiący na grunt, posyłając swoje zestawy daleko w rzeczny nurt. Były to jednak ryby bardzo ranne lub nocne.  Cóż kto rano wstaje temu Pan Bóg daje. Może mi będzie dane następnym razem.
Połamania.

Tekst i foto: Marcin Cieślak. Foto: Marzena Lemańska

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress